Prawdziwa radziecka robota – jednomilimetrowa stalowa blacha i zawieszenie na resorach piórowych gwarantowały solidność, a nawet zdolności terenówki. Empirycznie sprawdzono, że w bagażniku mieści się pół tony ziemniaków. Dlatego też KGB, do spółki z bezpiekami innych demoludów, stosowały wołgę, koniecznie w kolorze czarnym, do przewożenia krnąbrnych towarzyszy na przesłuchania.

Reklama

Natomiast dygnitarze partyjni podróżowali specjalną luksusową wersją słynącą z niezawodności, nieznanej właścicielom zwykłych wołg. Wnętrze zdobione pluszem i wyposażone w klimatyzację mieściło nawet 6 osób.

Ale wołga budziła też strach: na lata do tej marki przylgnęła straszna historia. Legenda mówiła, że limuzyną jeździł ksiądz z zakonnicami (ewentualnie Żydzi, sataniści lub wampiry), którzy porywali małe dzieci dla ich krwi i szpiku. Pozyskany towar mieli sprzedawać bogatym Niemcom (oczywiście Zachodnim). Samochód polował zawsze wieczorem, dlatego maluchy miały szybko wracać do domu.

Na początku wołga była produkowana w dwóch wersjach GAZ-21 sedan (1956-1970) i GAZ-22 kombi (1962-1970). Samochód rozkręcał się do setki w 34 sekundy, spalał 12 litrów benzyny na 100 km. Wołga zastąpiła GAZ-a 20 pobiedę, na którego licencji powstawała nasza warszawa M20.

Następca, przypominający amerykańskie krążowniki, był klepany do 1992 roku. Auto również miało dwa nadwozia GAZ-24-01 (sedan) i GAZ-24-02 (kombi), ale jeździło nie najszybciej - 23 sekundy do 100 km/h.

Kilka razy próbowano wskrzesić wołgę z martwych jako rosyjskiego mercedesa, ale bez powodzenia. Ostatnio rosyjska firma tuningowa A:level zbudowała wołgę GAZ-21 z 12-cylindrowym silnikiem, zawieszeniem i wnętrzem bmw 850 CSI. Niedawno pojawiła się też wersja kabrio. Oba samochody są ponoć rewelacyjne. Ale mimo to od jakiegoś czasu rządzący i… mafia wolą jednak oryginalną niemiecką motoryzację, obowiązkowo w wydaniu pancernym.