. W myślach widzę to auto jak przez mgłę, ale jedna rzecz utkwiła mi w pamięci na zawsze - zapach wnętrza. Mieszanina woni benzyny z olejem, smarów i charakterystyczny zapach pokrytych dermą siedzeń były niepowtarzalne! Opowieści o samodzielnym przygotowaniu tego auta do lakierowania i niezliczonych naprawach krążyły w rodzinie jeszcze długo po jego sprzedaży - wiadomo, pierwszy samochód!
Okazja nadarzyła się bardzo szybko. Mój przyjaciel, wiedząc, że szukam takiego auta, powiedział mi o syrenie swojego wuja, która ma na liczniku 27 tys. km i jest na sprzedaż! Kilka dni później byłem już pod Wyszkowem i oglądałem "105".
Rzeczywistość trochę mnie zaskoczyła. Mimo małego przebiegu samochód był już mocno skorodowany, brakowało kilku detali, a jazda próbna skończyła się na końcu wsi - nie potrafiłem wrzucić biegu wstecznego i właściciel musiał się do mnie pofatygować. Ale ten zapach! Taki sam jak w syrenie ojca! Zdecydowałem się kupić auto (700 zł). Po podpisaniu umowy właściciel przyznał mi się, że jego dzieci wstydziły się już jeździć syreną i pozbywa się jej bez żalu.
W drodze do Warszawy za kierownicą syreny miałem dużo czasu na przemyślenia. Konfrontacja dziecięcych wspomnień i twardej rzeczywistości syreny 105 L z końca produkcji (1982) była druzgocąca - tym autem po prostu nie da się jeździć! Zero hamulców (zapowietrzone), luz na kierownicy na pół obrotu, dzwoniące o nadwozie drzwi - jak można było doprowadzić auto do takiego stanu!
Mimo wszystko udało się dojechać do Warszawy, wprost do umówionego wcześniej blacharza. Po kilku miesiącach żmudnych poszukiwań części zamiennych (uparłem się na wyłącznie nowe elementy z "piwnicznych" zapasów), spotkań z całkiem rozsądnym (na szczęście) blacharzem, Syrena wyjechała z warsztatu. Jeszcze bez kilku detali, z podartą tapicerką i kulejącą mechaniką, ale już... piękna! Doprowadzenie siedzeń i stanu technicznego do porządku zajęło mi jeszcze kilka miesięcy, później mogłem rozkoszować się jazdą!
Pierwsze wrażenie po remoncie: tym samochodem daje się (w miarę) normalnie jeździć. Wyregulowane (tak, tak, wyregulowane!) hamulce są nawet skuteczne, a po wymianie przekładni kierowniczej (luzu starej przekładni nie dało się zlikwidować) jeżdżenie syreną okazało się dużą przyjemnością. W sumie - normalny samochód. W lato dojeżdżałem nim nawet do pracy! Jedyne, czego syrena nie lubiła, to korki - wskazówka temperatury szybko wędrowała wtedy na "maksa".
Niestety, na skutek różnych życiowych zawirowań, dwa lata temu musiałem sprzedać syrenę. Z rozmowy telefonicznej wiem, że gdy starszy pan zobaczył samochód, rozpłakał się...