Inne
Reklama

Pierwszym autem w naszej rodzinie była syrena 105 w kolorze kości słoniowej (nazywanej przewrotnie złością koniową). W myślach widzę to auto jak przez mgłę, ale jedna rzecz utkwiła mi w pamięci na zawsze - zapach wnętrza. Mieszanina woni benzyny z olejem, smarów i charakterystyczny zapach pokrytych dermą siedzeń były niepowtarzalne! Opowieści o samodzielnym przygotowaniu tego auta do lakierowania i niezliczonych naprawach krążyły w rodzinie jeszcze długo po jego sprzedaży - wiadomo, pierwszy samochód!

Wiele lat (i samochodów!) później, już jako kierowca postanowiłem spełnić swoje dziecięce marzenie i kupić syrenkę, taką jak 20 lat wcześniej jeździł mój ojciec. Okazja nadarzyła się bardzo szybko. Mój przyjaciel, wiedząc, że szukam takiego auta, powiedział mi o syrenie swojego wuja, która ma na liczniku 27 tys. km i jest na sprzedaż! Kilka dni później byłem już pod Wyszkowem i oglądałem "105".

Rzeczywistość trochę mnie zaskoczyła. Mimo małego przebiegu samochód był już mocno skorodowany, brakowało kilku detali, a jazda próbna skończyła się na końcu wsi - nie potrafiłem wrzucić biegu wstecznego i właściciel musiał się do mnie pofatygować. Ale ten zapach! Taki sam jak w syrenie ojca! Zdecydowałem się kupić auto (700 zł). Po podpisaniu umowy właściciel przyznał mi się, że jego dzieci wstydziły się już jeździć syreną i pozbywa się jej bez żalu.

W drodze do Warszawy za kierownicą syreny miałem dużo czasu na przemyślenia. Pierwsza myśl: zezłomować na najbliższym szrocie i pozbyć się problemu! Konfrontacja dziecięcych wspomnień i twardej rzeczywistości syreny 105 L z końca produkcji (1982) była druzgocąca - tym autem po prostu nie da się jeździć! Zero hamulców (zapowietrzone), luz na kierownicy na pół obrotu, dzwoniące o nadwozie drzwi - jak można było doprowadzić auto do takiego stanu!

Mimo wszystko udało się dojechać do Warszawy, wprost do umówionego wcześniej blacharza. Ochłonąłem i postanowiłem jednak wyremontować obiekt moich marzeń. Po kilku miesiącach żmudnych poszukiwań części zamiennych (uparłem się na wyłącznie nowe elementy z "piwnicznych" zapasów), spotkań z całkiem rozsądnym (na szczęście) blacharzem, Syrena wyjechała z warsztatu. Jeszcze bez kilku detali, z podartą tapicerką i kulejącą mechaniką, ale już... piękna! Doprowadzenie siedzeń i stanu technicznego do porządku zajęło mi jeszcze kilka miesięcy, później mogłem rozkoszować się jazdą!

Pierwsze wrażenie po remoncie: tym samochodem daje się (w miarę) normalnie jeździć. Wyregulowane (tak, tak, wyregulowane!) hamulce są nawet skuteczne, a po wymianie przekładni kierowniczej (luzu starej przekładni nie dało się zlikwidować) jeżdżenie syreną okazało się dużą przyjemnością. A to przyspieszenie! 40-konny, dwusuwowy silnik jest bardzo zwinny! W sumie - normalny samochód. W lato dojeżdżałem nim nawet do pracy! Jedyne, czego syrena nie lubiła, to korki - wskazówka temperatury szybko wędrowała wtedy na "maksa".

Niestety, na skutek różnych życiowych zawirowań, dwa lata temu musiałem sprzedać syrenę. Auto kupiono na... prezent urodzinowy! W ten sposób wnuk postanowił uhonorować swojego ponad 80-letniego dziadka, wielkiego wielbiciela tego auta. Z rozmowy telefonicznej wiem, że gdy starszy pan zobaczył samochód, rozpłakał się...