Dziennik.pl dotarł do najnowszego raportu firmy TomTom opisującego poziom zatłoczenia dróg w największych miastach Europy. W sumie pod lupę trafiło 39 metropolii powyżej 800 tys. mieszkańców. Lektura wyników badań nie napawa optymizmem - Warszawa kolejny rok z rzędu znalazła się w czołówce najbardziej zakorkowanych aglomeracji. 

Spóźniony jak Warszawiak

O miejscu w rankingu "najgorszych" decyduje średni poziom zatłoczenia - dla stolicy Polski wynosi 39 proc. Wskaźnik ten mówi, o ile czasu więcej zajmuje przejazd przez miasto w porównaniu z sytuacją, gdy ruch uliczny przepływa swobodnie - czyli jeśli przy niewielkim ruchu dojazd zajmuje nam 30 minut, to przy wzmożonym - już niemal 42 minuty. Dla porównania w Berlinie poziom zatłoczenia wynosi 27 proc., a w Amsterdamie 19 proc. 

Z punktu widzenia osób pracujących inny wskaźnik jest bardziej istotny - otóż w szczytach porannym i wieczornym poziom zakorkowania w Warszawie sięga nawet odpowiednio 71 i 75 proc. (jeśli podróż do pracy trwa 30 minut, to w porannych korkach czas dojazdu zwiększy się o ponad 20 minut do niemal godziny).

Nie lubię poniedziałku?

Największe "przytkanie" ruchu przypadało na wtorkowe poranne godziny szczytu oraz w piątki po południu. Najlepiej jeździ się po mieście w piątki rano i poniedziałki wieczorem. Najbardziej zakorkowanym dniem w Warszawie był 6 grudnia 2013 r. Powód? Trudne warunki pogodowe, duże opady śniegu, silny wiatr i… spóźnialscy rodzice na drogach wokół centrów handlowych, którzy na ostatnią chwilę zostawili zakup prezentu z okazji Mikołajek. 

Eksperci przeanalizowali także zakorkowanie europejskich miast poniżej 800 tysięcy mieszkańców. W zestawieniu znalazły się dwie polskie aglomeracje: łódzka oraz krakowska. Co ciekawe, zakorkowanie w aglomeracji łódzkiej było nawet wyższe niż w warszawskiej. Ogólny poziom zatłoczenia wyniósł aż 52 proc., w porannym szczycie - 69 proc., a w wieczornym - 93 proc. Kraków w tym zestawieniu wypadł korzystniej niż Warszawa - ogólny współczynnik wyniósł 31 proc., w porannym szczycie - 48 proc., a w wieczornym - 64 proc.

Co Warszawa robi źle? 

Analitycy policzyli, że rocznie Warszawiacy tkwią w korkach około 12 dni roboczych. Podczas, gdy średni poziom zatłoczenia w Europie to 28 proc., a dojeżdżający do pracy spędzają w korkach średnio 8 dni roboczych w skali roku. Gorzej niż w stolicy Polski jest tylko w Moskwie (74 proc.), Stambule (62 proc.) i Petersburgu (54 proc.). 

Mimo tych czarnych statystyk odrobinę pocieszającym może być fakt, że poziom zakorkowania stolicy zmniejszył się o 3 punkty procentowe w stosunku do wyników zeszłorocznego raportu. Warszawa razem z Palermo jest na czwartym miejscu rankingu. Dalej są kolejno Rzym, Ankara i Dublin.

W Warszawie się nagle nie polepszy w stopniu, który zadowoliłby kierowców. Będzie lepiej rzecz jasna za kilka lat kiedy powstanie pełna obwodnica stolicy (w aż 85 proc. skupiająca wg prognoz ruch aglomeracyjny, a nie tranzytowy), kiedy powstaną co najmniej dwa mosty drogowe i usunięte zostaną poza centrum wąskie gardła - mówi w rozmowie z portalem dziennik.pl Adrian Furgalski z Zespołu Doradców Gospodarczych TOR.

W opinii eksperta Polacy wciąż są owładnięci szałem motoryzacji indywidualnej, podczas gdy na Zachodzie miastowi sprzedają samochody. 

W Warszawie w latach 2006-2012 liczba pojazdów na 1000 mieszkańców wzrosła z 470 do 580, tymczasem w Berlinie spadła z 361 do 323, we Frankfurcie z 512 do 447, a przecież miasta te mają bogatszą siatkę drogową - wylicza ekspert i sugeruje, by kierowcy przyjrzeli się swojej jeździe zanim za korki obwinią polityków. 

Jako kierowcy odpowiadamy w ok. 20 proc. za powstanie korków m.in. przez wjazd na pomarańczowym świetle i blokowanie skrzyżowań, zbyt późne ruszanie na światłach - wylicza Adrian Furgalski.