Właśnie mamy do czynienia z kolejnym wykwitem tej radosnej publicznej twórczości. Chodzi o inspektorów transportu drogowego, władnych wlepiać nam mandaty na podstawie zdjęć zrobionych przez fotoradary.

Miało być tak: policja przywalona stosem papierów i obarczona licznymi obowiązkami przekaże inspekcji transportu, podległej ministrowi transportu, obowiązek egzekwowania mandatów od kierowców pędzących na złamanie karku. Inspektorzy w zielonych mundurach ściągną z drogowych piratów należny państwu haracz za złamanie prawa drogowego i będzie się żyło lepiej. Wszystkim.

A jak jest: policja rzeczywiście przywalona obowiązkami scedowała na „zielonych” jakże ważny z punktu widzenia kraju obowiązek zasilania dziurawej państwowej kiesy, a „zieloni”, jak Polak z kulkami, tak systemem zarządzili, że nie ma ani fotoradarów, ani wpływów z mandatów.

W tym roku prognozowane zasilenie budżetu kasą od kierowców z ciężką nogą to ponad 1 mld zł. W styczniu i lutym odnotowano imponujący wpływ w wysokości... 2 mln zł. Do końca roku urzędnicy mają zatem szanse ściągnąć z piratów kwotę 12 mln zł. Może, jeśli będą wyjątkowo skrupulatni, trochę więcej – powiedzmy 15 mln zł, może nawet 20 mln zł. Do celu brakuje wciąż jakichś 980 mln zł.

Jak to możliwe, że rzeczywistość tak bardzo rozminęła się z prognozami? Czy to polscy kierowcy nagle się opamiętali i wzorem Niemców czy mieszkańców Skandynawii skrupulatnie przestrzegają przepisów? To mało prawdopodobne. Wyżej wymienione kwoty udowadniają raczej, że system zwyczajnie nie funkcjonuje. Że wzorem setek papierowych polskich rozwiązań jest skuteczny jedynie w teorii.

Jak wiemy, sukces ma wielu ojców, porażka jest sierotą. Trudno oczekiwać, by ktokolwiek przyznał się do odpowiedzialności za tę niewydolność. Trudno również uniknąć wrażenia, że po raz kolejny wszyscy chcieli dobrze, a wyszło jak zwykle.