"Dziennik Łódzki" ujawnia, jak wyglądała sytuacja podczas akcji ratowniczej na S8. Dyspozytor łódzkiego pogotowia przyjął zgłoszenie o 23.31, jednak zamiast od razu wysłać karetkę, to operatorem CPR dyskutował przez kilka minut o tym, gdzie naprawdę miał miejsce wypadek. Panowie nie wiedzieli nawet, czy do tragedii doszło na A2 czy na S8. Nic więc dziwnego, że na miejscu rozpętał się chaos, a minister zdrowia zapowiada kontrolę.
@jarekkuzniar @MSW_RP zleciłem kompleksowa kontrole działań medycznych służb ratunkowych przy wypadku na S8.
— Bartosz Arlukowicz (@Arlukowicz) maj 7, 2014
Pierwsza karetka z Białej Rawskiej pojawiła się na miejscu o 23.57, a ratownicy od razu powiadomili o siedmiu rannych. c - tłumaczy "Dziennikowi Łódzkiemu" Daniel Aptapski, dyrektor rawskiego szpitala.
Potem pojawiają się specjalistyczne ambulanse z Rawy Mazowieckiej i Skierniewic. Lekarz z jednej z nich przekazuje do dyspozytora, że więcej karetek nie potrzeba, dlatego ambulanse, które jadą na pomoc rannym zostają zawrócone. Później jednak okazuje się, że dodatkowa pomoc musi jednak trafić na miejsce. To 0.56, więc ranni czekają na pomoc już 50 minut. O 1:02 przyjeżdżają ratownicy z Mszczonowa. Ich raport jest przerażający. - mówi "Dziennikowi Łódzkiemu" Wiktor Łapiński
Koordynację przejmuje lekarz ze Skierniewic, który nagle zabiera jednak dwoje rannych do karetki i odjeżdża z miejsca wypadku. - mówi Aleksander Hepner, rzecznik polskiego Falcka.
Dopiero około 2 w nocy lekko ranni trafili do specjalnego, ogrzewanego namiotu rozstawionego przez straż. Do tego, jak ustalił "Dziennik Łódzki", gdy pierwsza karetka odjeżdżała do Łodzi, w pojazdach wciąż byli uwięzieni ranni.
Organizatorzy akcji bronią się przed oskarżeniami. - tłumaczy Danuta Szymczykiewicz, rzecznik Wojewódzkiej Stacji ratownictwa Medycznego w Łodzi.
- podsumowuje dr Przemysław Guła, ekspert w dziedzinie medycyny katastrof, ratownik TOPR, współzałożyciel Krakowskiego Instytutu Ratownictwa Medycznego.