69 867 - tyle naruszeń popełnianych przez kierowców wobec pieszych zanotowała policja do połowy sierpnia 2015 roku. W analogicznym okresie minionego roku (a dokładnie od stycznia do końca sierpnia) statystyki mówiły o ponad trzykrotnie mniejszej liczbie.

- Z analiz wynika, ze co piąta ofiara śmiertelna wśród pieszych w Unii Europejskiej to pieszy, który zginął w Polsce. Narodowy Program Bezpieczeństwa Ruchu Drogowego na lata 2013-2020 przewiduje, że jednym z priorytetów jest ochrona pieszych, a policja została zobowiązana do zintensyfikowania nadzoru w tym obszarze, stąd też zwiększenie ujawnionych naruszeń kierujących wobec pieszych jak i naruszeń popełnianych przez samych pieszych - wyjaśnia w rozmowie z dziennik.pl Elżbieta Symon z Komendy Głównej Policji.

Można pokusić się o stwierdzenie, że kierowcy w Polsce zachowują się jak wygłodniałe lwy podczas polowania na zebry. Potwierdzeniem tego są dane z najnowszego badania Fundacji PZU przeprowadzonego w ramach akcji „Stop wariatom drogowym”. Wynika z nich, że tylko 18 proc. kierowców zawsze przestrzega przepisów drogowych w pobliżu przejścia dla pieszych. Co gorsze, ponad 33 proc. badanych zdarzało się przyspieszać, żeby przejechać przed oczekującym pieszym, a 61 proc. hamuje w ostatniej chwili.

Pieszy nie bez winy
Ale jak to zwykle bywa - przewinienia mają na swoim koncie obie strony. Policyjne statystyki mówią o ponad 270 tys. wykroczeń popełnionych przez pieszych. Rok wcześniej było to 225 tys.

Wedle raportu PZU, aż 74 na 100 pytanych osób przyznaje się do przechodzenia przez ulicę w niedozwolonym miejscu. Nie dziwi więc, że w 2015 z zanotowanych przez policję wykroczeń popełnionych przez pieszych lwia część, bo 198 994, zostało skatalogowanych właśnie jako "przechodzenie przez jezdnię w miejscu niedozwolonym"; na drugim miejscu znalazło się niestosowanie się do sygnalizacji świetlnej (47 002 przypadków). Skąd bierze się w ludziach tak duża desperacja?

- Są dwie przyczyny takich zachowań - jedna racjonalna, druga mniej racjonalna – wyjaśnia w rozmowie z dziennik.pl Andrzej Markowski, psycholog ruchu drogowego, zaangażowany w kampanię "STOP wariatom Drogowym". - Ta racjonalna wskazuje na to, że zbyt daleko są wyznaczone przejścia dla pieszych, wobec tego część ludzi decyduje się na przekroczenie drogi w miejscu, które ich zdaniem wydaje się być bezpieczne, albo gdzie poczucie zagrożenia jest na tyle niewielkie, że warto zaryzykować - analizuje ekspert.

Markowski wskazuje, że problem gwałtownie znika, gdy we właściwym miejscu zostaną wybudowane wyznaczone przejścia dla pieszych. Jako przykład podaje Warszawę, gdzie przypadków przejść w miejscu niedozwolonym jest niewiele, natomiast w małych miejscowościach sytuacja ta wygląda zupełnie inaczej - tam tego rodzaju naruszeń jest zdecydowanie więcej. W poprawie niekorzystnych statystyk może pomóc ogólnopolski konkurs dla samorządów „Aktywne przejścia dla pieszych”, którego inicjatorem jest Fundacja PZU. Nagroda to wyposażenie niebezpiecznych przejść dla pieszych w rozwiązania poprawiające bezpieczeństwo użytkowników.

- Inną sprawą jest poczucie zagrożenia - przejście w Warszawie przez Aleje Jerozolimskie w miejscu niedozwolonym to śmierć. W mniejszych miejscowościach ludzie mogą nie zauważać niebezpieczeństwa - dodaje psycholog.

Przyczyna siedzi w głowie
Zdaniem Markowskiego druga przyczyna nagminnego przechodzenia przez jezdnię w niedozwolonym miejscu tkwi w samych ludziach, w ich głowach. - To jest charakterystyczne właśnie dla naszego kręgu kulturowego, czyli społeczeństwa wychodzącego z opresyjnego systemu autorytarnego, gdzie kto wyżej w hierarchii społecznej, ten ma więcej praw, a kto niżej, ma ich mniej - wyjaśnia specjalista. Jako analogiczny przykład podaje kraje arabskie, Rosję, Ukrainę, Białoruś czy kraje azjatyckie, gdzie ludzie, jeżeli mogą pozwolić sobie na łamanie jakiejś normy, to wyznacza to ich przynależność do grupy uprzywilejowanych.

- Takie zachowania są widoczne i w Polsce - przejście prze ulicę w miejscu niedozwolonym jest złamaniem pewnej normy, po to żeby pokazać, że "ja mogę, mnie ta norma nie dotyczy, jeszcze coś znaczę" - tłumaczy ekspert. - Piesi w niektórych przypadkach przekraczają jezdnię w niedozwolonych miejscach nie z powodu pośpiechu, tylko by udowodnić - przede wszystkim sobie - że też coś znaczą. Nawet wtedy, gdy już nikt się z nimi nie liczy - dodaje.

Markowski twierdzi też, że w krajach, w których istnieją zakorzenione struktury demokratyczne, dużo łatwiej jest zrezygnować z części swojej swobody i niektórych zachowań na rzecz wspólnego poczucia bezpieczeństwa, bo wtedy wszyscy wygrywają, niewiele na tym tracąc.

Materiał powstał przy współpracy z  

Zobacz serwis Stop Wariatom Drogowym