Od momentu przekroczenia prędkości i zrobienia zdjęcia do rzeczywistego ukarania mija nawet pół roku. Minister transportu Sławomir Nowak chce to zmienić - donosi "Rzeczpospolita". Jak? 

Otóż do Rządowego Centrum Legislacji wpłynął projekt założeń do ustawy o szczególnej odpowiedzialności za niektóre naruszenia przepisów ruchu drogowego. Kiedy nowe prawo wejdzie w życie karanie kierowców łamiących przepisy ma być znacznie szybsze i prostsze.

Autorzy pomysłu proponują dwie drogi odpowiedzialności za przekroczenie prędkości: wykroczeniową lub administracyjną. 

Pierwsza w przypadku zatrzymania kierowcy przez patrol i wystawienia mandatu albo wykroczenia uwiecznionego na zdjęciu z fotoradaru, kiedy sprawcą nie będzie właściciel auta, ale kierujący wyśle podpisane oświadczenie , że to on prowadził samochód.

Druga byłaby możliwa, jeśli właściciel samochodu w ciągu 21 dni od otrzymania listu od straży lub inspekcji się nie odezwie.

Nadzór nad windykacją mandatu ma być prowadzony w systemie tzw. mikrorachunków (do każdej kary przypisany ma być unikatowy i indywidualny numer rachunku bankowego). Kary zebrane przez jednego kierowcę trafią do rejestru - czytamy w dzienniku.

Dzięki temu osoba, która dostanie kilka kar za zbyt szybką jazdę będzie traktowana jak "recydywista" - w razie kolejnej wpadki zapłaci podwójną stawkę.

Co na to eksperci? – W wypadku wykroczenia trzeba wykazać winę sprawcy. Projekt to nic innego jak przerzucenie ciężaru dowodowego ze straży czy inspekcji na obywatela, a to bardzo mi się nie podoba - ocenia prof. Ryszard Stefański jest sceptyczny wobec propozycji.

Autorzy projektu wymyślili by właściciele samochodów np. w zeszycie prowadzili rejestr wykorzystania auta i trzymali te zapiski przez dwa lata. Obowiązek "kronikarski" dotyczyłby wszystkich – kierowców aut firmowych i prywatnych.

– To absurd - uważa Andrzej Łukasik, prezes Polskiego Towarzystwa Kierowców. Jego zdaniem w ten sposób chce się zmusić właścicieli samochodów do donoszenia na własną rodzinę.