Trudno się do pana dodzwonić…

O, mam dużo pracy i właśnie przez korki związane z posiedzeniem Rady Europejskiej w Brukseli spóźniłem się na samolot, nie chcę przegapić następnego…

OK. Więc dodajemy gazu. Czarne BMW to auto, z którym jest pan kojarzony. Ale jaki był pierwszy samochód Jacka Kurskiego, kiedy jeszcze nie był politykiem, europosłem?

No to jest największa miłość mojego życia! Fiat 125p, rocznik 1975, z podłużnymi zderzakami, jak to się mówi potocznie "kłami", na włoskich częściach. Kompletna ruina - był nieruchomością, dzieci się w nim bawiły na podwórku. Pamiętam nawet numery rejestracyjne ELD 1254. Kochałem ten samochód! Kiedy kupiłem go 13 grudnia 1987 roku, miał 12,5 roku, a ja jeszcze nie miałem prawa jazdy i w ogóle nie znałem się na autach. Wreszcie 4 marca 1988 roku zrobiłem prawko, za pierwszym podejściem. Chciałem się przejechać, ale jako laik samochodowo-mechaniczny nie sprawdziłem, że w chłodnicy zamiast borygo była woda i wywaliło w tym aucie blok silnika. To było urocze i pionierskie.

Potem miałem jeszcze dwa fiaty - ten ostatni, kupiony w 1990 roku, był na gwarancji. Kochałem te samochody - jako małe dziecko zachwycałem się zapachem spalin z dużych fiatów przejeżdżających ulicami. Potrafiłem przystanąć i się zaciągać, żeby tych spalin jeszcze więcej zaczerpnąć do płuc. Uwielbiałem te auta, włoski design był po prostu piękny. Trochę przestarzały, ale była to konsekwentna, stylowa linia. 

Kiedyś poseł Ryszard Kalisz opowiadał o swoich miłosnych podbojach na tylnym siedzeniu w "maluchu"… 

Kalisz w maluchu? 

Tak, w jednym z wywiadów stwierdził, że kiedyś był szczuplejszy i mógł robić to w maluchu… Czy miał pan podobną przygodę?

Mam na ten temat również piękne wspomnienia. Ale oczywiście nie w maluchu, tylko w fiacie 125p w dodatku kombi, rozkładane tylne fotele i równiutka powierzchnia 2 m na 1,4 m. Było wygodniej.

Myśli pan o zmianie samochodu? 

Teraz mam BMW X5, które sprawdza się na polskich drogach znakomicie. Do przejechania dłuższych dystansów, do Brukseli, do Strasburga przesiadam się do 11-letniego mercedesa klasy S. Teraz nie zastanawiam się nad zmianą w moim garażu, ale wiem, jaki będzie profil mojego kolejnego auta - zawsze kupuję paroletnie samochody niemieckie z pierwszej ręki. Jeszcze ani razu nie przejechałem się na tej strategii - trzeba mieć dobrego nosa, a raczej dobrego doradcę, który ma dobrego nosa. Ja takiego mam - człowiek ten potrafi z 200 ogłoszeń internetowych zdiagnozować 195 lewych i te 4-5 godnych uwagi. Ma po prostu siódmy zmysł…

Prawo jazdy ma pan od niemal 25 lat…

No tak, szmat czasu i na pewno milion przejechanych kilometrów.

Zdarzało się panu zabierać autostopowiczów? 

Zabieram, ale od czasów gangsterki na drogach w latach dziewięćdziesiątych ograniczyłem kategorię autostopowiczów do dzieci oraz kobiet, a w szczególności do matek z dziećmi.

Poznają europosła Jacka Kurskiego?

Na ogół poznają. Jednak ludzie gorzej sytuowani, zapracowani ze wsi czy z terenu, często po prostu nie oglądają publicystyki, a już na pewno nie czytają gazet i nie rozpoznają mnie. Jestem człowiekiem pokory. Wolę być anonimowy, bo wtedy łatwiej mi rozmawiać z ludźmi, dowiadywać się jak żyją. A oni najczęściej żalą się na pracodawców, na niesprawiedliwość. Poziom ludzkiej krzywdy jest przerażający. Ludzie pracują za cztery-pięć złotych za godzinę albo do widzenia. Żadnej ochrony, żadnych praw.

A policja? Jak reaguje zaraz po zatrzymaniu pana do kontroli?

Na ogół mnie rozpoznają. Nigdy nie negocjuję, zawsze przyjmuję mandaty. Jeżeli policja odstępuje sama od wymierzenia sprawiedliwości i wręczenia mandatu z powodu tego, że sama jest zablokowana immunitetem, to wtedy dobrowolnie wpłacam równowartość ewentualnego mandatu na konto ofiary wypadku samochodowego, która od 14 lat jest przykuta do łóżka. W ten sposób odpowiadam za wykroczenie. Nigdy nie zasłaniam się immunitetem. 

Wróćmy na chwilę do czasów PiS. Czy miał pan okazję podwozić prezesa Kaczyńskiego? 

Prezesa Kaczyńskiego chyba nie, choć nie jestem pewny, ale zdarzyło mi się dwa czy trzy razy przewieźć Lecha Kaczyńskiego, kiedyś w Sopocie i kiedyś, gdy był jeszcze prezydentem Warszawy. Była to sytuacja weekendowa czy wieczorna, z jakiegoś spotkania na mieście na Nowogrodzką i pamiętam spór, który przegrałem. Chodziło o to, które miejsce jest placem Starynkiewicza, a które Narutowicza. Ja uparcie twierdziłem, że Starynkiewicza to tam, gdzie była kiedyś redakcja "Rzeczpospolitej" a teraz wodociągi warszawskie, a Narutowicza to tam, gdzie ceglany kościół. Okazało się, że to Lech Kaczyński miał rację. Co warszawiak, to warszawiak. 

Jaką jazdę lubił Lech Kaczyński?

Hmm… to było parę kilometrów po Warszawie, nie było miejsca na rozwinięcie skrzydeł.

Ostatnio głośno było o tym, jak szybko przejechał pan odległość od granicy polsko-niemieckiej do Brukseli. Urzędnicy zakwestionowali rozliczenie podróży, ponieważ nie uwierzyli, że pokonanie tej trasy w takim czasie jest możliwe. Udało się panu to w końcu udowodnić? 

Zakwestionowali to za dużo powiedziane. Urzędnicy poprosili po prostu o dodatkowe wyjaśnienia i takie właśnie przedstawiam. Nie wiem, po co "Newsweek" zrobił z tego sensację. Przecież, każdy kto jeździ po zachodnich drogach, wie, że nie łamiąc przepisów, można przejechać przez Niemcy przy dobrych warunkach i gdy nie ma korków w 4,5 godziny - dla mnie nie jest to żadna sensacja. W Niemczech zgodnie z prawem można mknąć autostradą bez ograniczeń prędkości. Skompletowałem dokumentację fotograficzną potwierdzająca przebycie tego dystansu o prawie godzinę szybciej niż podczas podróży, o której napisał "Newsweek".