"Pierwszą edycję zaczynaliśmy w dwa auta, potem było kilkanaście, sto, a w tym roku wyjechało ok. 450 ekip, dzięki którym już teraz mamy na koncie ponad 916 tys. zł. To dotychczasowy rekord" – powiedziała organizatorka Martyna Kinderman.

Tym razem trasa wiedzie do Tunezji przez sycylijskie Palermo. Kinderman wyjaśniła, że tegoroczna meta jest nietypowa, bo niejako dwustopniowa - uczestnicy mogą wybrać, czy dojadą tylko do Palermo (ok. 2,5 tys. km w cztery dni), czy dalej, promem do Tunezji. "Trasa będzie ciepła, co też nie wróży dobrze, bo nikt nie ma przecież klimatyzacji" – dodała organizatorka.

Reklama

Uczestnicy tego nietypowego rajdu na wyprawę ruszają samochodami produkcji lub konstrukcji z czasów PRL. Na starcie nie zabrakło więc ikon polskiej motoryzacji - fiatów 126 i 125 p, a także pojemnych żuków. Były też skody, NDR-owskie wartburgi, radzieckie łady. "Mamy też wołgi, warszawy, honkery, velorexy czy niewiadówki, które jadą za dużym fiatem" - dodała.

"Co jest zabawne, nawet na starcie dużo osób jeszcze coś naprawia, reperuje, silniki wyciąga - te auta to wieczna dłubanina i nigdy nie ma pewności, że wszyscy dojadą" - mówiła Kinderman.

Ostatecznie w trasę wyjechało ponad 2 tys. osób z ok. 450 ekip. Miłośnicy starych samochodów nie podróżują w kolumnie, choć często łączą się w grupki. Wieczorami spotykają się na proponowanych przez organizatorów campingach czy miejscach noclegowych.

PAP / Andrzej Grygiel

Po raz ósmy w trasę wyruszył pan Maciej z Krakowa, który od lat wraz ze znajomymi niezmiennie podróżuje ładą 2107 z 1986 r. "Złombol jest niesamowitą przygodą, zabawą i fajnym, choć dość ekstremalnym sposobem spędzenia wakacji. No i przede wszystkim ważne jest, że możemy pomagać dzieciom" - powiedział przed startem.

Z poprzednich edycji szczególnie wspomina ich pierwszą, gdy podróżowali do Szkocji nad znane jezioro Loch Ness. "Za każdym razem mieliśmy szereg usterek po drodze, ale najpoważniejszą awarię mieliśmy właśnie w drodze do Szkocji, kiedy w Holandii całkowicie rozleciało nam się łożysko i nabijaliśmy je przez kilka godzin w nocy, stojąc na parkingu przy przedszkolu" - wspominał pan Maciej.

Jednocześnie podkreślił, że ekipy mogą liczyć na pomoc innych i współpracę. "Pomagamy sobie nawzajem, tu nie ma rywalizacji" - dodał.

Uczestnicy rajdu są profesjonalnie do niego przygotowani, zabierają ze sobą wiele narzędzi. "Podstawowym narzędziem Złombolu jest tzw. trytytka, czyli plastikowe umocowanie, które przyczepi wszystko, dzisiaj nawet je dostaliśmy w pakiecie startowym, razem z naklejkami na samochody" - wyjaśnił pan Maciej. Kinderman dodała, że niezbędnym, choć nietypowym narzędziem może stać się również… pończocha. "To też coś, co warto mieć, bo można tym zastąpić np. pasek klinowy" - wyjaśniła.

Aby zostać dopuszczonym do udziału w rajdzie, załoga musi uzbierać minimum półtora tysiąca złotych - pieniądze pochodzą od firm i osób prywatnych, których naklejki widnieją na samochodach. Całość uzbieranych środków trafia do dzieci - koszty wyjazdu i przygotowania auta uczestnicy pokrywają sami.

PAP / Andrzej Grygiel
Reklama

W tym roku zebrano już ponad 916 tys. zł – to rekordowa kwota. "Jeszcze nie wszystkie datki do nas spłynęły, więc może uda się uzbierać milion" - powiedziała Kinderman.

Za zebrane pieniądze organizatorzy kupują podopiecznym śląskich i opolskich domów dziecka m.in. playstation, frytkownice, rowerki, prostownice czy lokówki. "Od kilku lat, z racji tego, że nas budżet niesamowicie wzrósł, fundujemy im również wycieczki i kolonie" - dodała Kinderman.

Rajd wymyślili miłośnicy "komunistycznych" aut: Marcin Tetzlaff, Martyna Kinderman i Jan Badura, którzy zdecydowali się pojechać starymi autami do Monako. Pomyśleli, że przy okazji można pomóc dzieciom.

W pierwszej edycji, w 2007 roku, uczestniczyły tylko dwa samochody. W kolejnych - 13 i 21. W kolejnych latach liczba zaczęła wzrastać. Po dwóch wyjazdach do Monako, uczestnicy rajdu odwiedzili już m.in. daleką północ Europy i Azję.