UOKiK potwierdza, że prace są na końcowym etapie. - Wydanie decyzji planujemy w tym roku. Na tym etapie możemy tyle powiedzieć - zastrzega Małgorzata Cieloch z UOKiK. Jak słyszymy, postępowanie może zakończyć się karą finansową lub np. zobowiązaniem przedsiębiorcy. - O szczegółach naszych działań w tej sprawie będziemy informować w chwili wydania decyzji - mówi Małgorzata Cieloch.

Postępowanie UOKiK zaczęło się w styczniu ubiegłego roku. Ewentualna kara dla koncernu jest dość prawdopodobna. Prezes UOKiK Marek Niechciał już dawno stwierdził, że firma motoryzacyjna z Niemiec mogła wprowadzić konsumentów w błąd. - Mieli oni ograniczoną możliwość podjęcia świadomej decyzji o zakupie samochodu. W dodatku, po ujawnieniu problemu, przedsiębiorca podjął wobec sprzedawców działania, które mogły mieć wpływ na dochodzenie przez konsumentów roszczeń wynikających z tytułu rękojmi albo niezgodności z umową - wskazywał w ubiegłym roku szef UOKiK. Co grozi volkswagenowi? Zgodnie z prawem, na firmę może zostać nałożona kara pieniężna do 10 proc. obrotu. Może się także zakończyć zobowiązaniem koncernu do podjęcia działań „usuwających niekorzystne dla konsumentów skutki naruszenia”.

Zapowiedzi UOKiK to nie jedyna zła wiadomość dla Grupy VW. Kształtów zaczyna nabierać oddolna inicjatywa klientów volkswagena. We wtorek 18 września - w związku z przedawnieniem roszczeń - mija termin na dołączenie do pozwu zbiorowego, przyszykowanego przez Stowarzyszenie Osób Poszkodowanych Przez Spółki Grupy Volkswagen AG (Stop VW). Polscy klienci będą domagać się 30 tys. zł za każdy wadliwy samochód. Jak słyszymy, „kwota ta została oszacowana przez rzeczoznawcę i wynika bezpośrednio z kosztów dostosowania auta do zgodności z europejskimi normami”. Jak dotąd do Stop VW zgłosiło się ok. 6 tys. osób.

Co dalej? Reprezentujący stowarzyszenie Konrad Kacprzak wyjaśnia, że złożone zostaną cztery nowe pozwy obejmujące wszystkie osoby, które się zgłosiły. - Dotyczą ustalenia odpowiedzialności każdego producenta pojazdów, czyli VW, Skoda, Seat i Audi. Sąd okręgowy w Warszawie odrzucił nasz pozew ze względu na brak polskiej jurysdykcji, uznając, że sprawę powinny rozstrzygać sądy niemieckie. Odwołaliśmy się i niestety sąd apelacyjny ma podjąć ostateczną decyzję w tej sprawie dopiero 26 września. Z racji na możliwy termin przedawnienia części roszczeń, postanowiliśmy działać. Planujemy złożyć również pozwy w Niemczech, choć ich liczba i formuła zależy od tego, jak ta sprawa rozegra się w Polsce - opowiada Konrad Kacprzak. Wartość wszystkich roszczeń stowarzyszenia w stosunku do VW to niemal 200 mln zł.
Przedstawiciele VW w Polsce konsekwentnie milczą. - Nie komentujemy kwestii prawnych - ucina Tomasz Tonderski z Volkswagen Group Polska.

Przypomnijmy, że chodzi o ujawniony trzy lata temu proceder montowania w samochodach Grupy VW oprogramowania, które pozwalało na manipulację wynikami pomiarów emisji z układu wydechowego. Szacuje się, że problem ten dotyczy ponad 11 mln samochodów, wyprodukowanych w latach 2009-2015.
Koncern poniósł już ogromne koszty tych nieuczciwych praktyk. Na początku zeszłego roku Volkswagen zgodził się zapłacić rządowi USA karę 4,3 mld dolarów za umorzenie postępowania karnego w sprawie sprzedaży w Stanach Zjednoczonych niespełna pół miliona zmanipulowanych samochodów. Firma zawarła też liczne ugody z tamtejszymi kierowcami, dilerami i poszczególnymi stanami, co kosztowało ją 25 mld euro.

Na gruncie europejskim spory rozwiązywane są drogą sądową. W czerwcu tego roku swoje dołożyła niemiecka prokuratura, która nałożyła na VW karę 1 mld euro. VW nie odwołało się od tej decyzji i ma nadzieję, że to kończy spory na gruncie niemieckim. Kilka dni temu rozpoczął się także proces w związku z pozwem, jaki przeciwko VW wytoczyli udziałowcy koncernu. Zarzucają firmie, że nie zostali na czas poinformowani o dieselgate i domagają się ponad 10 mld euro.

Akcja związana z pozwem klientów, podobna do tej w Polsce, rozkręca się także w Czechach. Na początku września 1050 właścicieli VW dołączyło do pozwu przeciwko niemieckiemu koncernowi. Szacuje się, że u naszych południowych sąsiadów poszkodowanych może być nawet 10 tys. klientów, którzy łącznie domagają się 2,2 mld koron czeskich.