To pierwsze posunięcia po tragicznym wypadku na ul. Sokratesa w Warszawie. Przypomnijmy: 20 października pędzący 130 km/h kierowca zabił na przejściu dla pieszych 33-letniego mężczyznę na oczach jego żony i synka znajdującego się w wózku. W zależności od postawionych zarzutów – w skrajnym przypadku zabójstwa z zamiarem ewentualnym – 31-letniemu sprawcy wypadku grozić może nawet dożywocie.

Przywrócenie samorządom możliwości instalowania fotoradarów – czego domaga się Trzaskowski – wymagałoby zmiany ustawy – Prawo o ruchu drogowym i ustawy o strażach miejskich (to one przed 2016 r. obsługiwały gminne rejestratory). Lokalne władze straciły to prawo, gdy okazało się, że niektóre z nich traktują te urządzenia jak maszynki do zarabiania pieniędzy, zamiast skupić się na poprawie bezpieczeństwa drogowego. Była to decyzja gabinetu premier Ewy Kopacz, więc propozycja prezydenta stolicy oznacza kontestowanie jednej z ważniejszych reform jego własnej ekipy.

– Wyciągamy wnioski z tego, co robiliśmy. To rząd PO-PSL doszedł do wniosku, że Inspekcja Transportu Drogowego powinna przejąć obsługę fotoradarów, ale to nie zdało egzaminu. Administracja rządowa nie jest w stanie sobie z tym poradzić. Dlatego chcemy przejąć część tej odpowiedzialności – mówi Rafał Trzaskowski.

Jak podkreśla, nie chodzi o prosty powrót do sytuacji sprzed kilku lat. Propozycja ratusza zakłada, by instalacja fotoradaru przez lokalnego zarządcę drogi lub straż gminną uzależniona była od uzyskania zgody ITD oraz wykonania audytu bezpieczeństwa ruchu drogowego. Wpływy z mandatów nakładanych dzięki fotoradarom miałyby zasilać specjalny fundusz, z którego zarządcy dróg szczebla centralnego i samorządowego mogliby finansować inwestycje zwiększające bezpieczeństwo w ruchu drogowym. Ratusz podaje, opierając się na danych Najwyższej Izby Kontroli, że w latach 2015–2018 potencjalne wpływy funduszu mogłyby sięgnąć 3 mld zł. Władze miasta przekonują, że taka konstrukcja likwidowałaby nadużycia, będące główną przyczyną krytyki fotoradarów wykorzystywanych przez gminy. Warszawa zamierza poszukać sojuszników w samorządach. Wygląda na to, że znajdzie ich bez większych problemów. – Będziemy wspierać każde rozwiązanie, które może podnieść bezpieczeństwo na drogach – deklaruje Maciej Stachura z urzędu miasta w Katowicach.

Ministerstwo Infrastruktury (MI) niechętnie patrzy na propozycje władz stolicy. Przypomina, że ustawodawca, odbierając strażom gminnym i miejskim uprawienia do korzystania z urządzeń rejestrujących, nie wskazał podmiotu, na którym ciąży obowiązek przejęcia tych urządzeń od samorządów. – Nie zostały określone również źródła finansowania kosztów związanych z ewentualnym przejęciem, późniejszą eksploatacją oraz obsługą tych urządzeń – wskazuje Szymon Huptyś, rzecznik MI. Nieoficjalnie wiadomo, że w opinii ministerialnych urzędników można byłoby pomyśleć o jakimś mechanizmie współfinansowania fotoradarów przez samorządy (dziś Centrum Automatycznego Nadzoru nad Ruchem Drogowym ITD ma zbyt małe zasoby kadrowe i finansowe, by przejąć i obsługiwać fotoradary wcześniej będące własnością samorządów). Ale o przywróceniu gminom prawa do ich używania na razie nie ma mowy.

Władze stolicy proponują też podwyższenie stawek mandatów, których limit kwotowy pozostaje niezmieniony od 1997 r. – np. za mijanie pojazdu, który ustępuje pieszemu, grozi dziś 500 zł i 10 pkt karnych. A wyprzedzanie na przejściu dla pieszych to raptem 200 zł i 10 pkt karnych. Stąd propozycja, by maksymalna wysokość mandatów za najcięższe przewinienia drogowe stanowiła połowę średniego wynagrodzenia, czyli aktualnie byłoby to ponad 2,4 tys. zł.

MI zapewnia, że nie prowadzi żadnych prac nad zmianą wysokości mandatów. Podobnie odpowiada MSWiA, ale dodaje, że sprawa ta „na pewno będzie przedmiotem zainteresowania MSWiA w nowej kadencji”. – To jeszcze o niczym nie przesądza, zobaczymy, co będzie efektem tych analiz. To wymaga konsultacji z innymi resortami, m.in. sprawiedliwości – zaznacza nasz rozmówca z resortu.

Zdaniem Adriana Furgalskiego z Zespołu Doradców Gospodarczych TOR grzywny bezwzględnie należy podnieść. Pytanie powinno brzmieć, w jaki sposób. – Dziś wysokość mandatów to kpina i wielu kierowców się z tego śmieje, a przepisów przestrzega dopiero po przekroczeniu polskiej granicy – ocenia. Jego zdaniem, skoro ustawodawca zdecydował się uzależnić kary za brak opłaconego parkingu od minimalnego wynagrodzenia, to być może ten sam ruch powinien być wykonany w kontekście mandatów. – Coś trzeba w końcu z tym problemem zrobić, skończyć z politycznym cynizmem, bo widać, że rzeczywiste statystyki dotyczące bezpieczeństwa na drogach są dużo gorsze od założeń. Jeśli pieniądze z mandatów, zamiast rozpływać się w budżecie państwa, trafiałyby na cele związane z infrastrukturą drogową czy edukację uczestników ruchu drogowego, to nie powinno to budzić kontrowersji – stwierdza Furgalski.