- Byłoby pod wieloma względami błędnym przychylenie się do żądań lobby motoryzacyjnego i związków zawodowych, by wprowadzić premie za złomowanie. Weźmy jako przykład Volkswagena - niemiecki rynek nie jest już dla niego najważniejszy, decydujące są obroty zagraniczne. Premie nie miałyby na nie większego wpływu. Ponadto Volkswagen korzysta już z premii na swe samochody elektryczne, które bez tego by się nie sprzedawały. Jednak najważniejszym argumentem jest to, że istnieje wiele innych firm, które są w obecnym kryzysie bardziej zagrożone niż wielkie koncerny - napisał ukazujący się w Magdeburgu dziennik "Volksstimme".

Reklama

- Kryzys koronawirusowy wydaje się oferować przemysłowi motoryzacyjnemu wyjście z błędnego koła. Ponieważ rynki załamały się, coraz głośniejsze są wołania o program wspierania koniunktury. Lekarstwo to może mieć jednak niebezpieczne skutki uboczne. Niemcy są bowiem rynkiem nasyconym. Premie mogą w najlepszym przypadku doprowadzić do przedterminowych zakupów, których będzie w następnym roku brakować. Ponadto finansowane państwowymi dotacjami znaczne ulgi dla nabywców stanowią niebezpieczny narkotyk - uważa "Stuttgarter Zeitung".

Natomiast wydawana w Heidelbergu "Rhein-Neckar Zeitung" tak oceniła sytuację: Produkcja samochodów pozostaje kluczową gałęzią niemieckiego przemysłu. I właśnie ludzie na wsi cenią sobie to, że mają zapewnioną swobodę poruszania się własnym pojazdem. Ponadto tak przy okazji kryzys koronawirusowy pokazał, że poziom tlenków azotu w Stuttgarcie nie doznaje raptownego spadku, choć samochody dieslowskie obecnie prawie w ogóle tam nie jeżdżą. Korelacje wydają się być nieco bardziej skomplikowane niż przedstawiało to sobie w ostatnich latach wiele niemieckich sądów. Teraz producenci samochodów liczą na premie zakupowe. Raczej ich nie dostaną, gdyż objęto nimi pojazdy napędzane elektrycznością lub wodorem. Ma to tak długo sens, aż ugruntuje się świadomość, że prąd nie jest w żadnym razie rozwiązaniem ekologicznym.

Premierzy trzech krajów związkowych, w których mieści się główny potencjał produkcyjny niemieckiego przemysłu samochodowego - socjaldemokrata Stephan Weil z Dolnej Saksonii, chadek Markus Soeder z Bawarii i reprezentujący Zielonych Winfried Kretschmann z Badenii-Wirtembergii - zamierzali się spotkać w środę po południu, by rozważyć możliwości realizacji zgłaszanych przez tę branżę postulatów. Rozmowy zostały jednak odwołane, gdyż uczestnicy nie mogli się na nich pojawić równocześnie z powodu innych swoich obowiązków.

Wcześniej szef rady zakładowej Volkswagena Bernd Osterloh skierował do pracowników list, w którym uzasadnił konieczność podjęcia przez polityków działań napędzających koniunkturę. - Wiemy, że w ten sposób domagamy się środków pochodzących z podatków. Wiemy jednak również, że pieniądze te da się mądrze zainwestować z korzyścią dla całego społeczeństwa i że będzie to opłacalne pod każdym względem ekonomicznym, ekologicznym oraz socjalnym - napisał.

Reklama