Jak kradną kable z ładowarek do samochodów? W skrócie:
- Zapadł pierwszy wyrok: Sąd na Dolnym Śląsku skazał złodzieja kabli z sieci Powerdot na 8 miesięcy ograniczenia wolności, prace społeczne oraz pełne pokrycie strat (15,5 tys. zł).
- Nowy cel złodziei: Kradzieże kabli z ładowarek EV odnotowano już w niemal każdym województwie w Polsce.
- Wysokie koszty: Naprawa jednej stacji po kradzieży to wydatek od 15 000 do nawet 21 000 zł.
- Nie tylko dla zysku: Choć złodzieje liczą na miedź, eksperci wskazują na drugi motyw – celowy sabotaż i wandalizm.
Zapadł pierwszy głośny wyrok w Polsce. Koniec bezkarności złodziei kabli
Walka z plagą niszczenia infrastruktury dla samochodów elektrycznych przenosi się z ulic wprost na sale sądowe. Sąd Rejonowy w Głogowie właśnie wydał wyrok w sprawie kradzieży dwóch kabli ładujących z infrastruktury należącej do sieci Powerdot – największego europejskiego operatora ładowarek i dostawcy ponad połowy punktów szybkiego ładowania w Polsce.
Złodziej dobrał się do ładowarki w miejscowości Przemków (województwo dolnośląskie) i wyciął przewody o wartości 15,5 tys. zł. Sąd uznał sprawcę za winnego i wymierzył mu karę ośmiu miesięcy ograniczenia wolności z obowiązkiem wykonywania nieodpłatnej pracy na cele społeczne w łącznym wymiarze 240 godzin. Do tego musi zwrócić pełną wartości skradzionego mienia (15,5 tys. zł). Przez 8 miesięcy skazany ma także zakaz zmiany stałego miejsca zamieszkania bez zgody sądu i musi regularnie "meldować się" kuratorowi.
– To ważny sygnał dla wszystkich – rynku, użytkowników pojazdów elektrycznych i złodziei – że przestępstwa wymierzone w infrastrukturę ładowania są traktowane poważnie przez organy ścigania i wymiar sprawiedliwości – komentuje Grigoriy Grigoriev, General Manager Powerdot Polska. – Tego typu działania powodują czasowe wyłączenia stacji z użytkowania i wpływają na komfort kierowców samochodów elektrycznych oraz generują koszty dla operatorów infrastruktury. Ten wyrok pokazuje, że nie pozostają one bez konsekwencji, a sprawcy muszą liczyć się z odpowiedzialnością zarówno karną, jak i finansową – podkreśla.
Przestępcy już wcześniej dostali ostrzeżenie. Pod koniec października policja złapała sprawcę, który odcinał kable na terenie Lubina i Polkowic. Ponieważ działał w warunkach recydywy, grozi mu nawet 7,5 roku za kratami. W tym samym czasie na Pomorzu zatrzymano na gorącym uczynku dwóch kolejnych złodziei.
Złodzieje nie oszczędzają nawet Biedronek. Nowa plaga w Polsce
Mimo pierwszych sukcesów policji i sądów, proceder rozwija się w ekspresowym tempie. Kable do ładowania samochodów elektrycznych i hybryd plug-in stały się nowym obiektem pożądania złodziei w praktycznie każdym województwie.
Skala bezczelności napastników jest ogromna. We Wrocławiu na 11 sprawdzonych ładowarek aż 10 pozbawiono przewodów do ładowania. Na Śląsku przestępcy masowo niszczą stacje ustawione przy sklepach Biedronka.
Kradzieże paraliżują ruch, powodując opóźnienia w podróżach i dostawach towarów. Generują również potężne straty po stronie operatorów. Co ważne, rozbudowa infrastruktury EV jest bardzo często objęta dotacjami ze środków publicznych. Oznacza to, że złodzieje niszczą mienie, które w znacznym zakresie sfinansowało państwo z naszych podatków.
5 lat więzienia to za mało? Branża idzie na wojnę ze złodziejami
Operatorzy ładowarek na własną rękę inwestują w monitoring i systemy alarmowe, co ułatwia identyfikację sprawców. A obecne przepisy już teraz pozwalają na surowe wyroki.
– Za kradzież grozi kara do 5 lat pozbawienia wolności. Odcięcie kabla można również podciągnąć pod przestępstwo zniszczenia mienia, zagrożone analogicznie wysoką karą – mówi Jan Wiśniewski, dyrektor Centrum Badań i Analiz PSNM. – To nie wszystko – kradzieże kabli stacji ładowania wiążą się z umyślnym niszczeniem cudzej rzeczy, a ich sprawcy działają publicznie z oczywiście błahego powodu. Takie przestępstwa spełniają zatem znamiona występków o charakterze chuligańskim. To sprawia, że orzeczona przez sąd kara może być jeszcze surowsza. Apelujemy do administracji centralnej oraz Komendanta Głównego Policji o skuteczne wykrywanie i ściganie takich przestępstw – dodaje.
Miedź czy nienawiść do elektryków? Dwie twarze procederu
Zarobek z kradzieży jest całkowicie niewspółmierny do ryzyka i strat finansowych. Ceny miedzi w skupach złomu wynoszą ok. 40 zł za kg. Jak wylicza Powerdot, jeden kabel to od 1,5 kg do 7 kg miedzi, co przekłada się na zysk rzędu kilkuset złotych. W zderzeniu z koniecznością oddania kilkunastu tysięcy złotych w ramach wyroku sądowego, taki "biznes" staje się dla przestępcy skrajnie nieopłacalny.
Obcięte kable najczęściej trafiają na złomowiska, jednak ich właściciele również ryzykują. Za paserstwo grozi do 5 lat więzienia. Na podstawie Ustawy o odpadach skupy mają obowiązek weryfikować tożsamość sprzedających i dokumentować źródło pochodzenia złomu na specjalnym formularzu, który trzeba przechowywać przez 5 lat.
Naloty na skupy złomu? Padł pilny apel do prezydentów miast
– Zwróciliśmy się m.in. do prezydentów 37 największych miast w Polsce z apelem o przeprowadzenie kolejnych, wyrywkowych kontroli w skupach złomu – wyjaśnia Aleksander Rajch, wiceprezes PSNM. – Sprawcy muszą mieć świadomość, że niszczą infrastrukturę transportową, co dodatkowo motywuje organy ścigania do działania – podkreśla.
Poza chęcią zysku eksperci wskazują jednak na drugi motyw: czysty wandalizm i celowy sabotaż. Często podłożem jest ideologiczna niechęć do elektromobilności. Świadczy o tym specyficzny sposób działania – kabel bywa ucinany tuż za prowadnicą, a obcięty kawałek wraz z drogą wtyczką ląduje w pobliskich krzakach lub rowie. Złodziej nawet go nie zabiera. – Każda awaria podważa zaufanie klientów do niezawodności infrastruktury – zauważają przedstawiciele branży.
Nawet 21 000 zł straty za jeden kabel. Lekcja z Zachodu
Polska nie jest odosobnionym przypadkiem – to, co dzieje się obecnie u nas, jest echem potężnej fali kradzieży, która wcześniej zalała Europę Zachodnią. Koncern EnBW, największy niemiecki operator stacji ładowania, w ubiegłym roku odnotował ponad 900 kradzieży przewodów w przeszło 130 punktach szybkiego ładowania. Straty idą w miliony euro.
– Koszt naprawy po kradzieży kabla to średnio 3500 euro na pojedynczy przypadek – wyjaśnia rzeczniczka EnBW cytowana przez agencję dpa. Po przeliczeniu daje to ok. 15 000 zł. Na plagę ucinania kabli narzekają również inni operatorzy, w tym EWE Go oraz Ionity. Ta ostatnia firma mówi o ponad 100 przypadkach w Europie. – Pojedyncza kradzież kabla powoduje u nas koszty od 2500 do 5000 euro – wylicza Ionity. Czyli nawet ponad 21 000 zł straty.
Według danych EnBW, zachodnie, grubsze kable zawierają od 4 do 10 kg miedzi, za co złodziej w tamtejszym skupie dostanie zaledwie ok. 50 euro (ponad 200 zł).
Pancerne kable i pułapki barwiące. Tak operatorzy polują na złodziei
Dyrektor ds. technologii elektromobilności w EnBW, Volker Rimpler, podkreśla, że sytuacja jest frustrująca dla wszystkich: kierowcy zostają bez możliwości ładowania, a operatorzy liczą straty. Aby się bronić, firmy montują mocniejsze oświetlenie oraz kable z pancerną otuliną. Z kolei Tesla i Ionity stosują zaawansowane technicznie kable z wkładkami barwiącymi, które pękają przy przecięciu, trwale i widocznie brudząc zarówno sprawcę, jak i sam łup.
Poza technologią, branża apeluje do władz o zakwalifikowanie kabli od ładowarek jako elementów infrastruktury energetycznej. Taka zmiana prawa pozwoliłaby traktować kradzież kabla nie jako zwykły zabór mienia, ale jako uderzenie w bezpieczeństwo energetyczne państwa, co z urzędu wiązałoby się z drastycznie surowszymi wyrokami.