Tak wygląda Denza Z9 GT - pierwsza jazda
Mniej więcej tak mogłoby wyglądać Porsche Panamera z chińskim paszportem. Denza Z9 GT to luksusowy Grand Tourer dostępny jako elektryk i hybryda plug-in (którą przedstawiciele marki konsekwentnie nazywają "superhybrydą"). 5,2-metrowe nadwozie skrywa wnętrze wypełnione miękką skórą i nagłośnione zestawem audio sygnowanym przez Devialet. Pod podwoziem kryje się z kolei potężny akumulator, który zapewnia niezbyt imponujący zasięg 600 km.
To czym Denza zamiata jednak konkurencję, to ładowanie. Samochód ze zdjęć potrafi przyjąć prąd o mocy... 1500 kW. Sam proces uzupełniania energii trwa dosłownie kilka minut, a marka obiecuje, że jeszcze w tym roku przy europejskich drogach zaroi się od innowacyjnych, piekielnie mocnych stacji ładowania. W teorii - brzmi pięknie. A jak wygląda to w praktyce?
Denza Z9 GT - nadwozie, wymiary
Sam samochód nie jest kompletną nowością - można nawet kupić go... z drugiej ręki, a oferty znajdziemy na popularnym portalu z ogłoszeniami. Auto ze zdjęć to jednak nieco inna historia - europejska specyfikacja różni się od chińskiej i to znacząco. Jest szybsza i lepiej jeździ. To, co pozostało niezmienione to wymiary - 5,2 m to długość limuzyny pokroju Klasy S czy serii 7 i od razu widać to w kabinie. Ilość miejsca na nogi jest powalająca - nie ma co prawda mowy o rozłożeniu tylnej kanapy do pozycji półleżącej, ale w drugim rzędzie siedzeń jest więcej przestrzeni niż w Skodzie Superb - a to już coś. Bagażnik nie jest już tak imponujący, ale bez trudu zmieści parę kabinówek i kilka drobiazgów. Do dyspozycji jest też zgrabny i praktyczny frunk.
Proporcje Denzy są znakomite, a styl - udany. Samochód projektowany pod okiem Wolfganga Eggera ma w sobie coś, czego na próżno szukać w innych autach z Państwa Środka. Ma szczyptę charakteru, nie musi podobać się każdemu i stawia na całkiem unikalne rozwiązania. Tylne lampy przywodzą na myśl te z Alfy Romeo Brery. Przednia część z podzielonymi reflektorami może przywodzić na myśl supersamochody. Z9 GT nie jest uniwersalnie piękne, ale na próżno szukać tu większych zgrzytów. No, może poza logotypem, który ewidentnie nie nadąża za całą resztą. Kto projektował ten znaczek? Przywodzi na myśl raczej tabletki do zmywarki, przemysłowe oczyszczacze powietrza, a w najlepszym wypadku wodorowy autobus niż samochód klasy premium.
Denza Z9 GT. We wnętrzu zaskoczenie
Kokpit Denzy to połączenie dwóch światów. Z jednej strony - wielki ekran i interfejs jak w każdym nowym, chińskim aucie. Z drugiej strony - jakość, której pozazdrościć mogą... nawet europejscy rywale. O ile zawiła obsługa multimediów i kulawe tłumaczenie interfejsu przypominają o kraju pochodzenia Denzy, tak dobór materiałów i staranność wykończenia to zupełnie inna liga.
Wnętrze Z9 GT proponuje miękką skórę, rewelacyjny montaż i wykonanie z dbałością o detale. Znalazły się tu nawet przyciski do obsługi wybranych funkcji - są opisane w mało czytelny sposób... ale dobrze, że są. W konsoli środkowej czeka podwójna ładowarka do smartfonów, w tunelu środkowym ukryto lodówkę z funkcją podgrzewania (do 50 stopni Celsjusza), a przed kierowcą znalazł się ekran cyfrowych zegarów z grafiką przygotowaną zdecydowanie bardziej starannie niż w innych autach z Państwa Środka. Trudno oprzeć się wrażeniu, że wzór zestawu wskaźników inspirowany był tym z elektrycznego Rolls-Royce'a Spectre... Kabina jest przy tym doskonale wyciszona - to już bez wątpienia poziom europejski. Są jednak sytuacje, w których cisza i spokój na pokładzie zostają zmącone.
Tak jeździ Denza Z9 GT
Winne jest pneumatyczne zawieszenie Denzy, które w testowanym egzemplarzu miało tendencję do wyjątkowo głośnego stukania na progach zwalniających. Zbyt szybki najazd na przeszkodę sprawiał, że z przodu rozlegało się donośne łupnięcie, przy czym "zbyt szybki" w tym przypadku oznacza skromne 15-20 km/h.
Pomijając tę wpadkę, układ jezdny modelu Z9 GT to krok w stronę konkurentów ze Starego Kontynentu, choć jakiekolwiek porównania do Porsche Taycana lub Panamery można sobie odpuścić. Denza, szczególnie w trybie sportowym, potrafi wiele, prowadzi się pewnie, ale mocno nurkuje przy hamowaniu i unosi przód podczas przyspieszania. W trybie Boost, opracowanym specjalnie na rynek europejski, Z9 GT zamienia się w łódkę z napędem odrzutowym. Przyspiesza do setki w 2,7 s, a do głosu dochodzi 1156 KM - dokładnie tyle, co w elektrycznym Porsche Cayenne Turbo. Osiągi są niedorzeczne, zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt, że auto prowadzi się jednak wyraźnie gorzej od jakiejkolwiek propozycji z Zuffenhausen. Chińczycy nie silą się na oszukiwanie praw fizyki, bo po prostu nie mają w tym interesu - na ich rodzimym rynku jeździ się raczej spokojnie i przepisowo.
Denza pokazuje sztuczki
Na rakietowym sprincie do setki nie kończy się repertuar sztuczek. Denza wykorzystuje układ napędowy, w którym tylną oś napędzają dwa, niezależne silniki. Do tego tylne koła są skrętne - również niezależnie od siebie. Z całego tego skomplikowania powstaje autorskie rozwiązanie E-cube. Pozwala ono np. zawracać praktycznie w miejscu (auto obraca się wokół przedniej osi, a z poziomu komputera pokładowego wybieramy o ile stopni ma zakręcić), parkować w efektowny sposób, "dosuwając" tylną oś do krawężnika czy ściany czy też jeździć w trybie kraba, czyli ze wszystkimi kołami skręconymi w jedną stronę. To ostatnie jest równie przydatne co adaptacyjny tempomat w bolidzie F1, ale podczas prezentacji oczywiście robi wrażenie. Warto mieć na uwadze, że wszystkie te tryby specjalizują się w niszczeniu opon, co doskonale widać było na przykładzie stanu ogumienia w autach demonstracyjnych.
Ładowanie robi różnicę. Zasada 5, 9, +3
To teraz czas na naprawdę przydatną "sztuczkę" - ładowanie z mocą do 1500 kW pozwala skrócić czas postoju do... zaledwie 5 minut. Czy to już moment, w którym uzupełnianie energii naprawdę zajmuje tyle czasu, co tankowanie auta spalinowego? No, prawie. Podany czas dotyczy ładowania w zakresie 10-70 procent. Równie imponujące jest 9 minut ładowania od 10 do 97 procent. A skąd bierze się "plus 3"? Producent chwali się, że o tyle dłużej Denza ładuje się na trzaskającym mrozie.
Możliwości samochodu to jedno, a możliwości infrastruktury - drugie. Chińska marka zapowiada, że do końca roku, w Europie... postawi 3000 punktów ładowania Flash Charging. Czy i ile z nich pojawi się w Polsce - nie wiadomo. Swoją drogą, w takie przechwałki trudno uwierzyć - budowa największej sieci szybkiego ładowania w niespełna rok...? Pożyjemy, zobaczymy.
Cena? Tyle kosztuje Denza. Chińczycy pewni swego
Na koniec trzeba wspomnieć o cenie Denzy Z9 GT - to obecnie najdroższy chiński samochód na polskim rynku. Hybryda od 447 200 zł, a elektryk to już wydatek 511 700 zł. "Chińczyk" za pół miliona to motoryzacyjny odpowiednik pewności siebie. Marka chce rywalizować z tuzami rynku premium, a sprzedaż będzie odbywała się w wyselekcjonowanych punktach. Na status dealera Denzy, obecni dealerzy BYD będą musieli "zasłużyć". W Polsce, pierwszy salon ruszy niebawem w Warszawie.