Już w 2004 roku japoński specjalista w budowie terenówek i motocykli rozpoczął przymiarki do pierwszego auta segmentu D. Pierwszy koncept będący czymś w rodzaju luksusowego hatchbacka miał premierę w 2007 roku we Frankfurcie, by w 2009 roku przepoczwarzyć się na salonie w Tokio w agresywnego i nie mniej odważnego, czterodrzwiowego sedana. Niestety, tej odwagi nieco zabrakło już w wersji produkcyjnej, choć w dalszym ciągu trudno odmówić modelowi kizashi oryginalności.

Niby sportowe, a jednak konserwatywne nadwozie ma w sobie to coś, co przykuwa wzrok i wyróżnia go w tłumie pojazdów. Choć z przodu kizashi wygląda nieco jak przerośnięty swift to już profil auta i tył z pokaźnymi końcówkami wydechów zgrabnie wkomponowanymi w zderzak nie pozwolą nam go pomylić z żadnym innym modelem. I właśnie z tej perspektywy najprzyjemniej ogląda się japońską limuzynę.

Auto jest zdecydowanie ciekawsze i bardziej agresywne niż rodzimi konkurenci - accord i avensis, co potwierdza przyznana nagroda za najlepszy wybór w kategorii samochód rodzinny w amerykańskim rankingu Consumer Digest. Jak widać japońska konstrukcja mająca podbić europejskie serca najbardziej przypadła do gustu kierowcom zza Atlantyku.

Wygląd to jednak nie wszystko...


Czy pierwszak obył się bez większych wpadek? Kilka dni za kierownicą pokazało, że skrupulatni i dokładni Japończycy nie zmarnowali czasu poświęconego na dopracowanie auta. Trudno się do czegokolwiek przyczepić, ale jednocześnie trudno jest za coś kizashi wyróżnić spośród bardziej doświadczonej konkurencji. Atletyczne auto zbudowane na platformie epsilon II, znanej z opla insigni, z tym że nieco krótszej i o mniejszym o 37 mm rozstawie osi, jest po prostu solidne. Japońska limuzyna choć wydaje się znacznie mniejsza od typowego auta segmentu D, tak naprawdę zapewnia wystarczającą ilość miejsca w środku, a złudzenie zwartej i krótszej niż w rzeczywistości bryły uzyskano dzięki krótkiemu (ale całkiem pojemnemu - 461 l) bagażnikowi i potężniejszym zderzakom.

Niestety, udane nadwozie kryje eleganckie ale szare i trochę zbyt nudne wnętrze, jak na charakter auta. Choć niezłej jakości czarne plastiki z ergonomicznie i czytelnie porozmieszczanymi przyciskami niektórzy potraktują jako zaletę. Nam zabrakło tu sportowego sznytu, tym bardziej, że jedyna dostępna wersja wyposażeniowa to wersja "Sport" wypchana bajerami po brzegi. Bez żadnej dopłaty znajdziemy tu między innymi elektrycznie sterowane i podgrzewane fotele z pamięcią ustawień (choć wolelibyśmy aby dało się na nich usiąść trochę niżej), automatyczną klimatyzację, radioodtwarzacz, komputer pokładowy czy reflektory ksenonowe.

Skąd moc?


Wybór jest prosty bowiem Suzuki oferuje tylko silnik benzynowy - patrząc na to co będzie z olejem napędowym to raczej chyba zaleta niż wada tego auta. Pod maską pracuje jednostka 2,4/180 KM - 4-cylindrowa konstrukcja na wolnych obrotach pracuje bez drgań i jest cicha. 180 koni mechanicznych nieźle radzi sobie z masą kizashi.

Jednak jak to często bywa w przypadku wolnossących konstrukcji japońskich, silnik Suzuki do życia budzi się dopiero wkręcany na wysokie obroty (powyżej 5000 obrotów/minutę). Efekt? W takich warunkach nawet dobrze wyciszona kabina składa broń, a spalanie wędruje powyżej granic wskazywanych przez producenta. W naszym teście japońska limuzyna potrzebowała średnio ponad 11 l/100 km. Na pochwałę zasługuje manualna skrzynia - mechanizm zmiany biegów jest precyzyjny, a drążek ma krótkie skoki - jak w aucie sportowym.


Zawieszenie kizashi oparte na wielowachaczach z tyłu i kolumnach McPhersona jest niezłym kompromisem między komfortem, a sztywnością. W połączeniu z bezpośrednim układem kierowniczym daje ogólnie dobre wrażenia, choć z pewnością nie można nazwać go wyczynowym. Przy odjęciu gazu na zakrętach tył auta zaczyna się uślizgiwać podobnie jak przód przy mocno ciętych zakrętach. Zapewne wynika to z nadmiernego obciążeni przedniej osi ciężkim silnikiem.

Jak na pierwszą próbę Suzuki w segmencie D, kizashi wypada nieźle na tle doświadczonej konkurencji, jednak słabość w postaci jednego i to nie idealnego silnika w połączeniu z wysoką ceną nie wróży sukcesu rynkowego na wymagającym rynku europejskim. Choć brak możliwości wyboru silników Suzuki po części wynagradza możliwością wyboru rodzaju napędu: na przednią oś lub na wszystkie koła. Cena tego pierwszego zaczyna się od 114 900 zł, za napęd 4WD (dostępny tylko w połączeniu ze zautomatyzowaną skrzynią CVT) trzeba zapłacić 129 900 zł.

Dla kogo? Kizashi spodoba się zwłaszcza tym fanom aut japońskich inżynierów, którzy potrzebują odmiany… Reszta kierowców raczej zostanie przy tym do czego przywykli.