Ameryka jest jedynym państwem w OECD (Organizacja Współpracy Gospodarczej i Rozwoju), które utrzymuje infrastrukturę komunikacyjną, polegając wyłącznie na podatku paliwowym. Fundusz AHF powołał do życia prezydent Dwight Eisenhower, gdy w połowie ubiegłego wieku zaczął budować sieć nowoczesnych autostrad, by połączyć ze sobą krańce Ameryki. Przez dziesięciolecia fundusz miał się świetnie – to efekt intensywnego rozwoju motoryzacji. Amerykanie nie mieli powodów do narzekania, bo rząd rozpoczął ustawowe dotowanie rafinerii, by ceny paliwa utrzymywać na możliwie najniższym poziomie. Przez całą drugą połowę XX wieku litr benzyny kosztował w USA mniej niż litr chudego mleka i coca-coli.
Schody zaczęły się z nadejściem nowego tysiąclecia. Ceny benzyny poszły w górę. W zurbanizowanym kraju 80 proc. społeczeństwa mieszka dziś w okolicach metropolii i nie potrzebuje jeździć autem tyle, co dawniej. Wreszcie pojawiły się ekonomiczne samochody hybrydowe i elektryczne. Wszystko to przytkało wpływy do funduszu drogowego.
Nie pomaga to, że choć realia komunikacyjne się zmieniły, stawka podatku akcyzowego od paliwa od 1993 r. utrzymuje się na niezmienionym poziomie.
– – wyjaśnia Allison Black, główna ekonomistka i wicedyrektor Związku Budowniczych Dróg i Transportu.
Dramatyczny jest zwłaszcza stan mostów. W ubiegłorocznym raporcie dla Kongresu Black stwierdziła, że gdyby mosty z defektami ustawić jeden za drugim, miałyby 2,1 tys. km, taki jest dystans między Bostonem a Miami. Analitycy z Inwentaryzacji Mostów dodali, że przez te mosty przejeżdża dziennie 250 milionów aut.
Efekt: w klasyfikacji jakości dróg na świecie USA spadły z pozycji lidera pod koniec lat 90. na 24. pozycję.
Eksperci wskazują, że szanse na podwyżkę akcyzy na paliwo są niewielkie. – – wyjaśnia Andrew Goetz, ekspert ds. komunikacji i motoryzacji z Uniwersytetu w Denver. – – dodaje.
Barack Obama żąda od Kongresu autoryzacji pakietu pomocowego dla funduszu w wysokości 302 mld dolarów w ciągu najbliższych czterech lat. Chce te pieniądze uzyskać z reformy podatków, likwidującej w systemie dziury, dzięki którym obecnie amerykańskie korporacje często płacą podatki niższe niż podatnik indywidualny. Choć kontrolowany przez republikanów Kongres odmawia prezydentowi, niewykluczone, że pieniądze jednak się znajdą. Bankructwo funduszu i wstrzymanie wszystkich robót drogowych to nie tylko niebezpieczeństwo dla kierowców, lecz także natychmiastowe bezrobocie dla 700 tys. osób. Szykujący się do odbicia jesienią Senatu, a za dwa lata Białego Domu przeciwnicy Obamy raczej nie zaryzykują takiego narażania się wyborcom.
W dalszej perspektywie coraz bardziej prawdopodobny jest koniec ery publicznych dróg w USA. Władze lokalne, na które coraz częściej przesuwana jest odpowiedzialność za infrastrukturę, sięgają po ostateczność: prywatyzują system utrzymywania i remontów tras. Prywatni drogowcy nabywają za to prawo pobierania od podróżujących opłat drogowych tak samo, jak na regularnych płatnych autostradach. Ich liczba również lawinowo rośnie, odkąd rządu nie stać na budowanie szybkich dróg.