Tymczasem minister finansów założył, że w tym roku zbierze z fotomandatów ponad 1,2 mld zł. Oznacza to, że miesięcznie z tego tytułu powinno spływać około 100 mln zł. Zdaniem ekspertów nie ma już żadnych szans na realizację tego planu. I to pomimo rekordowych nakładów na rozbudowę sieci fotoradarów i jej obsługę.

Poważne problemy z tego powodu może mieć przede wszystkim Generalna Inspekcja Transportu Drogowego, która w lipcu ub.r. przejęła od GDDKiA oraz policji sieć fotoradarów i obiecała podnieść ich wydajność. M.in. w tym celu jej budżet na ten rok zwiększono aż ośmiokrotnie, o czym osobiście zdecydować miał minister finansów Jacek Rostowski.

Dziś może żałować. Z aktualnych danych resortu wynika, że w styczniu i lutym fotoradary zarobiły – mówiąc dyplomatycznie – skromne 2 mln zł. Z kolei sama GITD wyliczyła dla DGP, że od początku br. do wczoraj nałożyła na kierowców, którym fotoradar zrobił zdjęcia, mandaty opiewające na sumę 6,7 mln zł.

Inspekcja tłumaczy, że dotychczasowe wpływy są na niskim poziomie, ponieważ system nie działa jeszcze optymalnie i wciąż jest w budowie. Dodaje, że kolejne etapy rozbudowy są zgodne z przyjętym harmonogramem prac. Zdaniem inspektorów wpływy z fotoradarów w rzeczywistości są dużo większe, bo spora część mandatów nie została jeszcze wysłana kierowcom, ponieważ są oni identyfikowani na podstawie zrobionych zdjęć.

Ale Ministerstwo Finansów nie podziela optymizmu GITD.

Kwota 1,2 mld w budżecie państwa to znacząca pozycja. Trzeba będzie nagle poszukiwać oszczędności – mówi jeden z naszych rozmówców z resortu.