Założę się, że jeśli zapytać każdego fana motocykli, który jeszcze tego nie robił, czy chciałby poszaleć na torze wyścigowym rodem z relacji Moto GP na Eurosporcie. Raczej nie znajdziemy nikogo, kto powie nie. 

Powstaje pytanie - jak to zrobić? Okazuje się, że jest to prostsze niż mogłoby się wydawać, ale nie powiem wam jak to zrobić, bo wystarczy wejść na stronę Suzuki GRANDys duo a tam zostaniecie wręcz poprowadzeni za rączkę. Ja postaram się opowiedzieć jak wyglądał i co mi dał mój pierwszy raz.

Dwa słowa o samym torze. Slovakia Ring to obiekt klasy mistrzostw świata, który dosłownie pachnie nowością. Nie brakuje na nim niczego! Pełna infrastruktura, włącznie z własną stacją benzynową i zapleczem hotelowym na wysokim poziomie.

Sam tor ma długość prawie 6 km, czyli z pewnością jest gdzie pośmigać. Łączenie 14 zakrętów (po 7 w lewo i w prawo)wraz z możliwością rekonfiguracji oraz odwrócenia kierunku jazdy daje to pokaźną ilość wariacji, które spodobają się zarówno zaawansowanym jak i początkującym zawodnikom.

Obiekt położony jest na płaskim terenie ale dzięki sprytnemu zbiegowi projektantów mamy też parę wzniesień, które podwyższają poziom trudności i jednocześnie dają dodatkową frajdę z jazdy. Mimo, iż pierwszy raz jeździłem po torze to widziałem parę innych w swoim życiu i muszę powiedzieć, że Slovakia Ring zasługuje na wysoką notę.


Wyruszyliśmy z Warszawy około szesnastej, a na miejsce dotarliśmy około drugiej. Pierwsza noc w jednym z dwóch hoteli 10 minut od toru, ale można i w hotelu przy torze, do którego przenieśliśmy się na następnego dnia. Powiem ogólnie, że warunki i możliwości zakwaterowania są szerokie, od namiotu po świetny hotel dwa kroki od toru. Jednak nie to gdzie będziemy spali jest istotne. Istotne jest gdzie dzieje się cała akcja.

9:00 rano, piękny, słoneczny, rześki poranek. Zapowiada się jeden z tych wymarzonych dni. Kiedy pogoda jest idealna, my jesteśmy w szczytowej formie, a w garażu czeka maszyna gotowa do drogi. To jest właśnie taki dzień tylko, że to potęgi N! W powietrzu unosi się zapach oktanów, a słuchu przeszywa symfonia dźwięków dobiegająca z pierwszej sesji treningowej grupy A - nie mylić z amatorami.

Podniecenie - inaczej nie można tego nazwać - sięga zenitu, czekam na swój pierwszy trening grupy C, inaczej mówiąc Całkowicie zielonych w temacie torowym. Na długo przed, zapakowany w pełny rynsztunek zastanawiam się czy dam radę… mimo , iż mam za sobą parę lat jazdy na ulicy, wiem że to nie będzie to samo…


Na swój pierwszy raz, ostrożnie wybrałem najmniejszego gixxera. Niepokój, chociaż przyjemny, towarzyszył mi przez całe pierwsze okrążenie. Kiedy jednak poczułem, że opony się rozgrzały i trzymają, to było to! Już wiedziałem, że jazda po torze w porównaniu z ulicą to jak teleportacja do innego wymiaru… Pierwszy trening i całkiem przyzwoity czas jak na Żółtodzioba - 3,40 min sprawiły, że poczułem jak budzi się we mnie "demon prędkości". 

Na drugą sesję przesiadłem się na mój wymarzony sprzęt, czyli litrowego gixxera, edycja ubiegłoroczna. Druga sesja, drugie okrążenie i gleba! Na wyjściu z zakrętu skończyła się nie dość rozgrzana opona. Przegiąłem z gazem i pewnością siebie a motocykl wyjechał z pode mnie jak narty spod niedoświadczonego narciarza. I tu właśnie tor pokazał swoją wyższość nad ulicą. Żadnych krawężników, znaków drogowych, studzienek czy barierek od których łatwo nabawić trwałego kalectwa lub co gorsza tragicznego zgonu. Wstałem, otrzepałem się i 20min później kręciłem kolejny czas na okrążeniu. Oprócz doskonalenia techniki jazdy to bezpieczeństwo jakie zapewnia jazda po torze jest tym czego nie da się zastąpić. Nie mówię, że można pędzić na złamanie karku, bo jak pokazuje historia nawet podczas profesjonalnych wyścigów zdarzają się poważne wypadki a nawet śmiertelne.


Nie wiem czy też tak macie, ale odkąd jeżdżę, jednym z moich marzeń było składać się w zakręty tak jak to robią profesjonaliści, których setki razy oglądałem z zapartym tchem podczas relacji Moto GP. Niepojętym było dla mnie jak ci czarodzieje to robią, praktycznie kładąc się na torze. Oczywiście częściowo jest to zasługą konstrukcji wyczynowych opon , ale przecież i na zwykłych szosowych oponach sportowych możliwe jest "zejść na kolano". Kiedy już trochę wjeździłem się w tor i maszynę pojawiła się nieodparta chęć zrealizowania marzenia. Poprosiłem więc Andy’ego Maklau - Suzuki GandysDuo Team, m.in. Mistrza Polski SuberBike 2010 - o to żeby zrobił ze mną kilka kółek i powiedział co robię nie tak. Zawodnicy GrandysDuo Team obecni na miejscu, chętnie służą radą i swoim doświadczeniem. Jest to nieoceniona pomoc w doskonaleniu techniki, bo sama jazda po torze to jeszcze nie wszystko.

Cały podekscytowany wyjechałem na tor i tak jak się umówiliśmy jechałem za Andy’m a później przed nim tak aby mógł w pełni ocenić mój przejazd. Dwoiłem się i troiłem żeby wspiąć się na szczyty moich umiejętności i wydawało mi się - wydawało to najwłaściwsze słowo - że moje starania zakończyły się sukcesem. Kiedy zjechaliśmy z toru, Andy zadał mi tylko jedno pytanie - "Gdzie ty byłeś chłopie?" Okazało się, że moja jazda choć rzeczywiście dość szybka na prostych... to w zakrętach prezentowała obraz nędzy i rozpaczy. Jedną z zasad na torze jest maksymalne wykorzystanie jego szerokości w celu najefektywniejszego pokonani zakrętu. Ja najwyraźniej zrozumiałem tę zasadę zupełnie na wspak i za cel postawiłem sobie najefektowniejsze pokonywanie zakrętów.

Powiecie - no tak, ale przecież nie o to chyba chodziło… miałeś się przecież nauczyć jak przycierać slaydery w kombinezonie żebyś nie wstydził się przed kumplami po powrocie. Oczywiście zawsze można kupić używane od zawodników, ale to nie wchodziło w grę. Faktycznie założenie było właśnie takie, ale mój kąt podejścia był nie właściwy. Zawzięcie próbowałem jeszcze na kilku sesjach, które pozostały do końca dnia ale bezskutecznie… Maksymalnie i pozytywnie zmęczony zjeżdżając z ostatniego okrążenia miąłem nadzieję, że jutro będzie lepiej...

Krzysztof Pokrzywnicki