Robert Lewandowski, czołowy napastnik reprezentacji biało-czerwonych jest nie tylko najlepiej zarabiającym polskim piłkarzem, ale także najbogatszym polskim sportowcem. Szacuje się, że każdego miesiąca jego konto powiększa się o 4 mln zł. Nie dziwi więc fakt, że kapitan polskiej kadry inwestuje w nieruchomości, a wśród swoich aut ma m.in. Bentleya Continental GT Speed Convertible (kabriolet) czy Ferrari.

W wywiadzie dla Deutsche Welle opowiedział m.in. o różnicach między Polską a Niemcami jeśli chodzi o podejście do pieniędzy i przepisów ruchu drogowego.

Lewandowski zwrócił uwagę, że po ulicach Monachium jeżdżą auta większość topowych, niemieckich marek.

Przede wszystkim ciężko porównać zarobki. W Niemczech ludzie od dawna więcej zarabiają i są już z tym obyci, że zarabianie pieniędzy nie jest czymś złym, tylko oczywistym. I każdy do tego dąży. Nie chcę powiedzieć, że pieniądze są najważniejsze, ale ktoś, kto je ma, ciężko na nie zapracował i jako człowiek sukcesu, może być tu wzorem wyjaśnił sportowiec.

Trzy mandaty pod rząd

Polski piłkarz odniósł się też do swoich początków po wyjeździe na kontrakt do Dortmundu.

– W pierwszym tygodniu jak się przeprowadziłem do Niemiec, na odcinku dwóch kilometrów na tej samej trasie dostałem trzy mandaty. Limit wynosił 50 km/h, a ja jechałem 56, 59, 57. Myślałem, że jak jadę 60 czy nawet 65 to będzie OK, a trzy razy złapał mnie radar. To było trochę szokujące – przyznał "Lewy".

– W Polsce nawet jak radar stał, to te 20 km było dopuszczone. Mandaty były bardzo małe, jak za parkowanie. Ale sam fakt, że ktoś musi wysłać dokument, a papier i wysyłka kosztują, więc nie wiem czy to w ogóle opłacalne. Niemiecki "Ordnung" jest znany nie tylko w Polsce, ale chyba na całym świecie. Czasami jest on moim zdaniem aż do przesady – ocenił polski napastnik Bayernu Monachium.