Niezakończone roboty drogowe nie będą przeszkodą, by na trasę wpuścić samochody – wynika z projektu nowelizacji ustawy o szczególnych zasadach przygotowania i realizacji inwestycji w zakresie dróg publicznych. Wystarczy, że inspekcja nadzoru budowlanego stwierdzi, że inwestycja spełnia wymagania określone przez prawo budowlane. Dlatego prace wykończeniowe czy związane z ochroną środowiska, jak postawienie np. ekranów akustycznych, będzie można dokończyć później.

W uzasadnieniu czytamy, że zmiany mają na celu osiągnięcie zapowiadanej przez Donalda Tuska przejezdności dróg przed Euro 2012.

– To jest usankcjonowanie w prawie czegoś, co nigdzie indziej nie funkcjonuje. W ten sposób drogi, które nie będą skończone, zostaną oddane tylko po to, by zapewnić przejezdność. Należy to ocenić negatywnie: jest to naciąganie prawa do zapewnienia jakichś działań wyłącznie politycznych – mówi Wojciech Malusi, prezes Ogólnopolskiej Izby Gospodarczej Drogownictwa. Dodaje, że najwidoczniej premier zażądał od swoich ministrów, by drogi były byle jakie, ale przejezdne i użytkowane.

Decyzja o dopuszczeniu do użytkowania nieskończonej drogi ma zgodnie z nowelizacją wskazywać termin wykonania pozostałych robót.

– Nie wiadomo, co i kiedy ma być dokończone. W konsekwencji może to trwać nawet i dwa lata – mówi Wojciech Malusi. Zastanawia się też, kto będzie odpowiadał za wypadek na niezakończonej inwestycji drogowej.

– To tak, jakby oddano do użytkowania budynek ze schodami bez poręczy. Da się przejść, ale jak ktoś się potknie, to spadnie - alarmuje Wojciech Malusi.

Etap legislacyjny

Projekt