Prokuratorzy zarzucają Stadlerowi, że co najmniej od końca września 2015 roku wiedział o montowaniu w samochodach marki Audi, Volkswagen i Porsche silników, wyposażonych w oprogramowanie wypaczające wyniki kontroli emisji spalin. Uruchamiało się ono podczas testów i powodowało przekłamywanie wyników. Podczas regularnej jazdy poziom emisji był jednak wyraźnie wyższy. Mimo posiadanych informacji były szef firmy, która jest częścią koncernu Volkswagen, nie interweniował w tej sprawie.

Jak czytamy w oświadczeniu prokuratury zamieszczonym w środę na stronie internetowej, do nieświadomych użytkowników trafiło ponad 250 tys. pojazdów marki Audi, 112 tys. porsche i 71,5 tys. volkswagenów z fałszującym oprogramowaniem. Pojazdy trafiły głównie na rynek europejski i amerykański.

Pozostałym trzem oskarżonym zarzuca się zaprojektowanie rozwiązania służącego do oszukiwania przyrządów kontrolnych.

Oszustwo zostało wykryte w USA w 2015 roku. Od tamtej pory VW zapłacił ponad 30 mld euro kar.

W wydanym w środę oświadczeniu Audi przypomina, że Stadler pracował w firmie od 1990 do 2018 roku i przez prawie 12 lat był prezesem zarządu przedsiębiorstwa.

W czasie, kiedy pełnił tę funkcję, Audi stało się firmą odnoszącą sukcesy na rynku międzynarodowym. Zasada domniemania niewinności obowiązuje wobec wszystkich oskarżonych do czasu wyjaśnienia zarzutów - czytamy w dokumencie.

Jednocześnie w interesie pracowników, udziałowców i całej firmy jest pełne prawne wyjaśnienie kwestii, które doprowadziły do kryzysu dieslowego. Zgodnie z zasadami praworządności to sąd wydaje opinie na temat zarzutów formułowanych przez prokuraturę. Komentowanie ich przez Audi byłoby niewłaściwe - pisze przedsiębiorstwo, zapewniając, że współpracuje z organami ścigania.

Konsekwencje afery dieslowej sięgają znacznie dalej niż procesy i kary dla koncernów motoryzacyjnych. Skandal pośrednio doprowadził też do licznych wyroków sądowych w RFN, pozwalających władzom lokalnym wprowadzać ograniczenia dla poruszania się samochodów z silnikiem Diesla na ich terenie.