Mając na uwadze poprzedni dzień pełen wrażeń i "grillowanie" do późna na padoku spodziewałem się trudnego poranka. Zdaje się, że o tym nie wspominałem, ale jazda po torze to ciężka harówka. Powiedziałby nawet, że przynosi tyle samo zabawy co wysiłku . Jadąc zwykłą drogą nie musimy przerzucać motocykla z jednego zakrętu w drugi zbyt często i tak mocno. Natomiast na torze, przejechany podczas jednego dnia dystans mniej więcej 150 km potrafi wycisnąć z człowieka siódme poty. 

Szybki prysznic, śniadanko i wracamy na tor. Wspomniałbym słowo o pogodzie ale naprawdę nie ma sensu, bo była tak idealna, że w Hollywood lepiej by tego nie nakręcili. Postanowiłem całkowicie oczyścić umysł i na pierwszej sesji po prostu cieszyć się z jazdy, dbając jedynie żeby utrzymać właściwy tor jazdy tak jak radził Andy. Nie myślałem o tym, że jak wrócę do domu z nienaruszonymi slayderami to będzie obciach. Po prostu ruszyłem przed siebie. 

Nie pamiętam dokładnie, to było na drugim lub trzecim okrążeniu. Nagle… na jednym z zakrętów poczułem jakbym zahaczył o coś kolanem, kolejny zakręt i znów to samo. Coraz mocniej i wyraźniej za każdym razem. Dotarło do mnie, że właśnie zaliczyłem "kolano"! Od dawna nie czułem takiej satysfakcji i radości podczas jazdy. Poczułem się jak kowboj, który właśnie ujarzmił najdzikszego Mustanga. Możecie powiedzieć, i co z tego, wielkie mi halo. Natomiast dla mnie było to przekroczenie kolejnej bariery na drodze do doskonalenia swoich umiejętności. Zrozumiałem jednocześnie mój wcześniejszy błąd w podejściu do tematu i do rad Andy’ego. Starając się jak najlepiej=najszybciej pokonać okrążenie i trzymając się właściwej linii "kolano" było naturalnym efektem.


To jednak nie był koniec wrażeń tego dnia, w harmonogramie organizator przewidywał dwa wyścigi. Jeden zakładał możliwość startu dla wszystkich przybyłych na tor, drugi dotyczył tylko motocykli Suzuki. Mimo pewnych obaw, w końcu był to mój drugi dzień na torze, postanowiłem wziąć udział w obu. W pierwszym startowało około 45 zawodników natomiast w Suzuki Cup około 25. Powiem wam, że jazdy w wyścigu nie da się chyba opisać słowami.

Gdybym jednak musiał to zrobić, to jest jedno słowo - adrenalina! Jak na pierwszy raz, mam wrażenie, że wyszło całkiem nieźle. Musze się pochwalić - zająłem w obu wyścigach miejsce w połowie stawki i wykręciłem swój najlepszy czas okrążenia (2:42). Udało mi się urwać ponad 20 s w porównaniu do pierwszych czasów jakie miałem na początku pierwszego dnia. W ten sposób można między innymi ocenić swój progres. Byłem naprawdę z siebie dumny.


Na koniec dnia przedstawiciele Suzuki przygotowali małą niespodziankę. Było to oficjalne udekorowanie uczestników obu wyścigów. Kategorii było tak wiele, że nawet najmniej zaawansowani zawodnicy mogli liczyć na pamiątkowy puchar. Bardzo miły akcent na zakończenie dwóch wspaniałych dni w doborowym towarzystwie i świetnej atmosferze.

Chciałbym podsumować te dwa wspaniałe dni, ale wydaje mi się to niemożliwe. Myślę, że dla zapalonego fana motocykli jest to rzecz nie do opisania w słowach. Moje, krótkie opowiadanie nie odda pozytywnych emocji jakie mi towarzyszyły. Jest jednak coś, co można określić i przekazać jasno i klarownie dla każdego - Co oprócz wspaniałych wspomnień dała mi jazda na torze połączona z radami zawodowców?

Zanim pojechałem, słyszałem opinie, że nawet kilka godzin jazdy po torze pod okiem instruktora daje bardzo dużo, dużo więcej niż na przykład jazda samochodem w tych samych warunkach.

Mogę potwierdzić, faktycznie tak jest. Dla mnie był to ogromny krok do pogłębienia wiedzy w temacie jazdy na motorze a szczególnie tego jak się zachowuję w warunkach ekstremalnych. Taka wiedza jest bezcenna i daje ogromne przełożenie na poprawę bezpieczeństwa własnego i tym samym innych uczestników ruchu.

Gorąco zachęcam każdego do wzięcia udziału w takim przedsięwzięciu, tym bardziej że koszty związane z udziałem są moim zdaniem na rozsądnym poziomie. Mam, nadzieję że w przyszłym roku będzie nas jeszcze więcej.

Życzę wszystkim Zapaleńcom, szerokiej drogi.

Krzysztof Pokrzywnicki