Suzuki Jimny w czasach wymuskanych SUV-ów jest ostatnim samurajem motoryzacji. To jeden z niewielu prawdziwych samochodów terenowych – zbudowany na ramie nośnej typu drabinowego, wyposażony w reduktor i sztywne mosty, a przy tym nieduży, lekki, zwinny i niedrogi. Przez fanów off-roadu ceniony za niezwykłą dzielność na bezdrożach oraz bezawaryjność. Jego historia sięga wiosny 1970 roku – wtedy pojawił się pierwszy Jimny. A największą popularność zdobyła trzecia generacja tego modelu pokazana w 1997 roku i produkowana z modyfikacjami przez ponad 20 lat... Ale ile można opierać się upływowi czasu? Aż prosi się, by wykorzystać taki potencjał. Zwłaszcza, kiedy chlebem powszednim od niemal pół wieku jest produkcja autentycznych terenówek o niewielkich wymiarach i masie. Wreszcie po suszy przyszedł deszcz. Oto pierwsze wrażenia z jazdy najnowszym Suzuki Jimny czwartej generacji...

Jimny przyciąga wzrok

Suzuki Jimny wydoroślał, a mimo to dalej masz ochotę złapać go za dach i bawić się jak resorakiem. Jedno spojrzenie na tego japońskiego malucha poprawia nastrój niczym solidna tabliczka czekolady. Swoją pudełkowatą trzydrzwiową karoserią w energetycznym kolorze kinetic yellow z łatwością wywołuje uśmiech wielkości banana. To sympatyczny samochód dla sympatycznych ludzi, na którego żarłocznie patrzą wszyscy od lat 7 do 107. Solidne nielakierowane osłony progów, czarne poszerzone nadkola, podcięte po bokach zderzaki oraz koło zapasowe na klapie sprawiają, że nie wyprze się rodzinnego zamiłowania do grasowania po bezdrożach.

Znawcy modelu w kanciastym nadwoziu czwartej generacji odnajdą nawiązania do poprzedników. Nam udało się wskazać okrągłe reflektory i oddzielne kierunkowskazy podobne do tych stosowanych w pierwszym LJ10 z 1970 roku, z Samuraia pochodzą dwa poziome przetłoczenia na krawędzi maski, tylne lampy obudzą sentyment do drugiego pokolenia Jimny 1000, a krata chłodnicy z pionowymi wlotami to zapożyczenie z ostatniej generacji. Podobnie jest z elementami wystroju wnętrza. Przedstawiciele Suzuki zapewnili nas, że takich drobiazgów jest więcej - dzięki temu kierowca w miarę poznawania auta odnajduje kolejne niespodzianki. I cieszy się z nich jak dziecko, a przynajmniej nam to sprawiło uciechę. Krótko mówiąc, nowy Jimny na parkingu zawsze będzie wyglądał ciekawiej od reszty. Nawet po lusterka umazany w błocko. Mały, ale twardziel…

Kabina jak... kawalerka

Wnętrze dorównuje wyglądowi nadwozia – jest skromne i podporządkowane użyteczności. Tworzywa odporne na zadrapania łatwo da się wyczyścić. Zegary w sześciokątnych szczelnych puszkach nawiązują do Samuraia – są odporne na pył i zawsze podświetlone, dzięki temu nie tracą na czytelności np. trakcie jazdy przez leśne odstępy kiedy samochód przemyka między cieniem i pełnym słońcem. Jak przystało na samochód stworzony do roboty uchwyty, pokrętła, przyciski i dźwignie są na tyle duże by korzystać z nich w rękawicach.

Japończycy naprawdę stanęli na wysokości zadania, by każdy najmniejszy element pełnił w kabinie jakąś funkcję. Dlatego nawet pasażer tylnej kanapy naciskając nogą niewielką dźwignię u podstawy prawego przedniego fotela sam może go złożyć by wydostać się z auta. W topowej odmianie XLED, którą Suzuki podstawiło do jazd pokład rozpieszczał zestawem multimedialnym z 7-calowym dotykowym ekranem, automatyczną klimatyzacją i nawigacją. Warto też wymienić nowe elektroniczne systemy podnoszące bezpieczeństwo jazdy na asfalcie, m.in. układ kontroli pasa ruchu czy automatyczne światła drogowe.

Od lat szukając prawdziwego samochodu terenowego o niewielkich rozmiarach kierowcy mieli do wyboru Suzuki Jimny i… na tym wybór się kończył. Japoński koncern sprzedał ponad 2,85 mln sztuk tego modelu w 194 krajach. Dziś również nic się nie zmieniło w tej kwestii – Suzuki jest monopolistą, jeśli chodzi o małe i autentyczne terenówki, a Jimny czwartej generacji nie ma konkurentów.

Ktoś może się zdziwić, ale przy całej surowości konstrukcji podróż z przodu wcale nie wymaga wyrzeczeń. Pozycja za kierownicą też niczego sobie – nawet wysoka osoba może szybko dobrać sobie wygodne ustawienia do jazdy i to mimo jednopłaszczyznowej (góra-dół) regulacji kierownicy. Dobra widoczność w każdym kierunku to efekt prostych linii nadwozia. Z tyłu nie jest źle, ale usadzony tam dryblas może żywić urazę. Cenne centymetry najbardziej czuć w bagażniku. Nowy Jimny po złożeniu oparć zabiera 377 l do dolnej linii okien (to 53 l więcej). Podłoga jest płaska, a pakowanie ułatwia szerszy otwór (1,3 m wobec 918 cm poprzednika). Podróż we czwórkę owszem, ale pod warunkiem, że każdy spakuje manatki w niewielki plecak. Pod względem przestronności nowy Jimny przypomina… kawalerkę. We dwoje jest całkiem komfortowo, ale kiedy pojawią się goście zaczynasz szukać wymówek by jednak nie nocowali.

Gdzie diabeł nie może, tam Jimny da radę

A jak na drodze i w terenie spisuje się nowe Suzuki Jimny? Prosty, wolnossący benzyniak 1.5/102 KM ciężko nazwać demonem osiągów, ale w mieście nie przyniesie wstydu. Potencjał pokazuje podczas przeprawy w terenie, gdzie często wymagana jest jazda na niskim biegu i w niskim zakresie obrotów. Jednostka mimo większej pojemności ma mniejsze gabaryty i jest o 15 proc. lżejsza niż poprzednia konstrukcja 1.3. Silnik oferuje też lepszy przebieg momentu obrotowego (130 Nm) i bardzo dobrze współpracuje z pięciobiegową skrzynią manualną. Zmiana przełożeń długą dźwignią to przyjemne doświadczenie – przypomina, że mamy do czynienia z żywym, solidnym mechanizmem. Nas zaskoczyło ekonomiczne spalanie – komputer podczas jazdy autostradowo-miejskiej pokazywał 6,7/100 km, w terenie było nieco więcej.

Na szosie Jimny nie ukołysze komfortem SUV-a – na to nie ma szans. Szybszy przejazd przez krótkie nierówności czy tory kolejowe kończy się podskakiwaniem. Warto też pamiętać o napędzie na tylną oś. Za to trzeba uczciwie przyznać, że wygłuszenie bardzo dobrze tłumi łoskot opływającego wiatru, szum opon i odgłosy silnika. Można swobodnie rozmawiać. Poza tym kanciaste Suzuki przekonuje do siebie prostotą obsługi. Siedzi się wysoko, więc widoczność jest bez zarzutu, a to w połączeniu z łatwymi do wyczucia gabarytami sprawia, że potrafi ułatwić życie miejskie i zapewnić spokój użytkowania.

Żeby jednak w pełni docenić Jimnego za jego rozwiązania techniczne i odkryć możliwości trzeba zabrnąć daleko od asfaltu. Dopiero na wertepach ten samochód czuje się jak ryba w wodzie, a nawet przerasta poprzednika. Ma ramę nośną ze wzmocnieniem w kształcie litery "X" w centralnej części (nowość), dwa sztywne mosty, prosty napęd z reduktorem jak klasyczne auta 4x4 czy pikapy i przekładnię śrubową w układzie kierowniczym (zastosowano wspomaganie elektryczne). Japończykom dodatkowo udał się lekko poprawić geometrię podwozia, w efekcie kąt natarcia to 37 stopni (o 2 więcej), rampowy 28 st. (+1), a zejścia 49 st. (+3). Brzuch podniesiono o 20 mm zwiększając prześwit do 210 mm.

Testowe jazdy off-roadowe po leśnych szlakach w górach Taunus były dla niego niczym spacerek po parku. Po załączeniu reduktora auto bardzo sprawnie pokonywało przeszkody, radząc sobie nawet z głębokimi koleinami i błotem. Przy wspinaczce i zjeździe ze stromego zbocza rękę podały systemy wspomagania zjazdu i ruszania pod górę. Gdy tylko dwa koła po przekątnej z jakichś powodów traciły przyczepność i buksowały wówczas specjalny układ automatycznie je hamował, a moment obrotowy trafiał do tych z lepszą trakcją. I Jimny brnął przed siebie niewzruszony. Nie zawiesił się podbrzuszem i wydostał na twardą drogę.

Co, za ile i dla kogo?

Suzuki Jimny czwartej generacji potrafi zadbać o bezpieczeństwo. Lista asystentów obejmuje m.in. system wykrywający ryzyko kolizji i aktywujący hamulce. Na asfalcie przypomni o trzymaniu się własnego pasa ruchu. Układ rozpoznawania znaków odczyta limity prędkości i ograniczenia. Nocą komputer zatroszczy się o automatyczną zmianę świateł drogowych na mijania. Co ważne światła te mogą być w pełni LED-owe.

Nowy Jimny będzie oferowany w trzech wersjach wyposażenia: Comfort, Premium oraz XLED. Wszystkie z napędem na cztery koła, reduktorem i pięciobiegową skrzynią. Najtańsza wersja Comfort kosztuje od 67 900 zł - za podobne pieniądze nie ma co szukać tak kompletnego auta terenowego, które w dodatku jest poręczne w mieście. Premium została wyceniona na 71 900 zł, a najbardziej wypasiona specyfikacja XLED - na 79 900 zł (z czterobiegowym automatem 84 900 zł). W Polsce pierwsze sztuki mają pojawić się w grudniu 2018 roku.

Czy warto? Suzuki niczego nie popsuło – nowy Jimny jest twardy jak nigdy dotąd, ma wszystkie atrybuty terenówki i kosztuje niewiele. To samochód dla dwójki miłośników weekendowych harców w ternie, rolników, leśników, inżynierów budowy, fotografów. Za kierownicą wersji w jaskrawym kolorze kinetic yellow świetnie poczuje się też facet po 40. Doskonale, że Suzuki tak dobrze rozumie, iż niektóre auta mają tylko jedno zadanie: sprawiać radość. Jimny robi to wzorowo.