Swift Sport to najbardziej wojownicza odmiana miejskiego Suzuki. Na tle zwykłego Swifta jest bardziej męska - patrzy na świat przez nowe światła i uśmiecha się bardziej szelmowsko. O sportowej zaprawie świadczy też nowy zderzak, osłona chłodnicy o strukturze plastra miodu, spoilery oraz prawdziwy podwójny wydech. Również w środku czuć, że samochód ma diabła pod skórą. Siedzi się nisko nad asfaltem, ścięta u dołu kierownica z grubym wieńcem sama lgnie w dłonie, a głęboko profilowany fotel pewnie obejmuje ciało. Czerwony obrotomierz z opadającą wskazówką podpuszcza kierowcę. Dźwignia sześciobiegowej skrzyni sama wędruje do ręki. Wiśniowa listwa przecinająca kokpit przypomina samurajską katanę, a to robi wrażenie na pasażerach. Całość prezentuje się naprawdę nieźle. Na parkingu Swift Sport zawsze będzie wyglądał lepiej od reszty. A jak jeździ?

Muśniecie gazu wystarczyło, by przekonać się, że inżynierowie szli na wyścigi w odchudzaniu auta. I jak twierdzą ludzie z Suzuki - dieta była bardzo rygorystyczna, bo każdy z zespołów opracowujących ten model musiał ścinać zbędne kilogramy. A kurację przeprowadzono sprytnie - bez wykorzystania skomplikowanych technologii, włókna węglowego czy innych kosztownych materiałów. Musiał wystarczyć geniusz japońskich konstruktorów. W końcu chodziło o stworzenie na bazie popularnego hatchbacka auta zrywnego, zwinnego ale za rozsądne pieniądze. Efekt to zaledwie 975 kg masy własnej czterometrowego auta, czyli 80 kg oszczędności w porównaniu do wcześniejszej generacji.

Suzuki Swift Sport z turbo – pierwszy raz w historii

Inaczej niż w poprzedniku, który swoje 136 KM musiał osiągać solo z pojemności 1.6, w nowym Swifcie Sport silnikowi przychodzi na pomoc turbosprężarka. Jednocześnie pojemność skokowa zmniejszyła się do 1373 ccm. Czterocylindrowy 1.4 BoosterJet pochodzący z Vitary sprawia jednak agresywniejsze wrażenie dzięki właściwemu dostrojeniu krótko zestopniowanej 6-biegowej skrzyni.

Jedynka, dwójka, trójka… Wciskasz gaz i zaczyna się zabawa – silnik daje kopa niemal natychmiast, bo od ok. 2500 obr./min. Warto zauważyć, że jednostki wcale nie trzeba zapędzać na wysokie obroty. Każdy z 230 niutonometrów momentu obrotowego ma do uciągnięcia ledwie 4,2 kg auta, dlatego "piórkowy" Swift Sport żwawo przepycha się przez zakręty i już na wyjściu potrafi z kopyta poderwać się do sprintu. Delikatnie usztywniony i minimalnie obniżony układ zawieszenia trzyma fason – samochód posłusznie pokonuje łuk, bez nerwowych przechyłów. Swoje nadwozie czy na serpentynach, czy przy hamowaniu trzyma blisko pionu. Co nie znaczy, że nie angażuje kierowcy – robi to bezpiecznie, ale zawsze sprawiając uciechę...

Osiągi? Co prawda Swift Sport odstaje od znacznie mocniejszego Polo GTI (2.0 TSI/200 KM; 0-100 km/h w 6,7 s), ale już przy 150-konnej i ważącej ponad 1100 kg Ibizie FR (7,9 s; 215 km/h) naprawdę nie ma powodów do wstydu. To co w tabelce Suzuki wygląda tak sobie (0-100 km/h – 8,1 s, prędkość maksymalna – 210 km/h), na drodze daje zupełnie inne wrażenia. 140 japońskich rozbrykanych turbokoni potrafi być lekarstwem na stres, zły dzień w pracy czy foch żony.

W Suzuki mniej znaczy lepiej

Swift Sport przekonuje też do siebie jeszcze jedną cechą – podczas jazd testowych komputer pokładowy pokazywał średnie spalenie poniżej 7 l/100 km. Owszem, osiągnięcie takiego wyniku wymaga pewnej wstrzemięźliwości, ale nawet oszczędna jazda ognistym Swiftem i tak pozwala wyprzedzać na starcie spod świateł większość samochodów poruszających się po ulicach. Nie mówiąc już o kierowcach zwykłych Swiftów, dla których Sport to prawdziwa torpeda.

Drugą naturę Swift Sport pokazał po przerwie na kawę i wyjechaniu na podniszczone uliczki obrzeży Gibraltaru. Mimo sprężystego podwozia i opon grubości plasterka gumy do żucia (195/45 R17) nawiniętych na 17-calowe alufelgi samochód nie wytrząsał przesadnie na wybojach, czy spękanym asfalcie. Najwidoczniej Japończycy chcieli, by z ich konstrukcją łatwo żyło się na co dzień. A że wydech nie hałasuje, nie ryczy, nie strzela? W dwóch poprzednich generacjach nowożytnego Swifta Sport również nie robił rabanu i jakoś kupującym to nie przeszkadzało.

Co ciekawe, mimo uporu do uzyskania jak najmniejszej masy auta pod karoserią nie brak układów wspierających człowieka za kółkiem. Swift Sport dzięki kamerze wspomaganej przez czujnik laserowy potrafi czytać znaki, wykrywać pieszych i pomaga utrzymać pas ruchu. Kiedy prowadzący nie zauważy człowieka lub zagapi się w korku również samochód zapobiegnie nieszczęściu hamując. Parkowanie uprości kamera.

Cena? Suzuki Swift Sport można już zamawiać, a w Polsce kosztuje od 79 900 zł. Tanio nie jest, ale auto już seryjnie ma wyposażenie, za które u konkurencji trzeba dopłacić. Patrząc z tej perspektywy na cennik, człowiek się uśmiecha.

Czy warto? Swift Sport jest naprawdę godny polecenia. Łączy w sobie wszystkie zalety małego sportowego samochodu. To doskonale, że Suzuki tak dobrze rozumie, iż niektóre auta mają tylko jedno zadanie: sprawiać radość. Swift Sport robi to lekko i bezbłędnie.

Od jakiegoś czasu w Suzuki panuje nowa polityka dotycząca produkcji samochodów. I tak Vitara i SX4 S-Cross powstają na Węgrzech. A Ignis i Swift – w tym Swift Sport – wyłącznie w Japonii.