Jak wynika z zapowiedzi koncernu orlando ma być kluczowym modelem i zarazem pierwszym z siedmiu nowych, które mają pojawić się w ofercie amerykańskiego producenta w przeciągu zaledwie 15 miesięcy. Jak się sami przekonaliśmy jest to wyjątkowo mocne otwarcie. Jeśli następne modele będą równie dobre, Chevrolet ma szansę nieźle namieszać. My zdecydowanie kibicujemy tym planom, zwłaszcza, że te coraz mocniej dopracowane auta, wciąż mają atrakcyjne ceny…

Ale po kolei... Patrząc na orlando nie łatwo jednoznacznie znaleźć szufladkę do której można by go wrzucić. Jest to zdecydowanie auta rodzinne, ale czy to bardziej van czy już SUV, trudno jednoznacznie określić. My wolimy nazwać go "kombivanem".

Prężący się muskularnymi nadkolami i ogromnym grillem orlando odbiega stylistycznie od jednobryłowych vanów europejskich konkurentów. I dobrze, w końcu wyraźna stylizacja z charakterystycznymi elementami typowymi dla auta amerykańskich wygląda oryginalnie i dobrze kontrastuje z wymyślnymi i niekiedy dziwacznymi liniami europejczyków. Wygląd macho sprawia, że nawet w różowym kolorze orlando nie wyglądałby zbyt kobieco. My zaliczamy to po stronie plusów chevroleta :)

Trudno uwierzyć, że ten "rodzinny krążownik" powstał na bazie kompaktowego cruza. Ma jednak większy rozstaw osi (o 8 cm) i jest od niego dłuższy (o 16 cm). Zabiegi te miały na celu wygenerowanie, jak największej powierzchni dla 7 pasażerów, bo tylko w takiej wersji jest sprzedawany ten samochód.


Trzeba przyznać, że efekt jest dobry. Po części to zasługa pudełkowatego kształtu gdzie nie traci się zbędnej przestrzeni na efektowne przetłoczenia lub mocno opadający dach. Po prostu obszernie i funkcjonalnie.

Wystarczy zajrzeć do bagażnika, aby stwierdzić, że miejsca na wózki i bagaże tu nie zabraknie. Szeroka i wysoko unosząca się tylna klapa odsłania nam 454-litrowy kufer. Może to nie jest rewelacyjny wynika w klasie vanów, ale regularne kształty sprawiają, że można tu sporo upchać tym bardziej, że po złożeniu drugiego i trzeciego rzędu siedzeń otrzymujemy małą bagażówkę o pojemności 852 l z równą podłogą.

Tu należy podkreślić, że zarówno sposób składania i rozkładania siedzeń w ostatnim rzędzie obsłużyła by nawet małpa i to jedną ręką. Łatwo składają się także siedzenia drugiego rzędu, dzięki czemu szybko można zająć miejsce w trzecim rzędzie. A tu miłe zaskoczenia... nadspodziewanie dużo miejsca na nogi i kolana, a dodatkowo za sprawą wysoko umieszczonych siedzisk nie czujemy się jakbyśmy siedzieli w bagażniku.

Nie ma jednak nic za darmo. Okazuje się, że obszerność trzeciego rzędu foteli wygenerowano kosztem miejsca w drugim rzędzie. Pasażerowie mają na tyle mało miejsca na nogi, że niektórzy mogą narzekać na odgniecenia na kolanach.


Szybko jednak zapominamy o tych niedogodnościach po zajęciu miejsca za kierownicą. Szerokie fotele z niezłym podparciem bocznym zapewniają wygodną pozycję nawet w dłuższych trasach. Małe boczne szyby, prosta i kanciasta maska oraz ogromne lusterka boczne sprawiają wrażenia jakbyśmy prowadzili typową półciężarówkę amerykańską, a nie europejskich rozmiarów vana. Nam to się bardzo podobało, tym bardziej, że jakość prowadzenia nie ma już nic wspólnego z kiepskimi pod tym względem autami amerykańskimi. W orlando zaskakuje bezpośredniość układu kierowniczego. Choć brakuje jej jeszcze do ideału to zdecydowanie bardziej już przypomina aktualne Ople niż wcześniejsze modele Chevroleta. Typowo niemiecki jest też komfort resorowania. Bardziej twardy niż w popularnych w tym segmencie modelach francuskiej konkurencji. Spora zasługa w tym, płyty podłogowej skonstruowanej pod opla astrę i kompaktowy model cruze, z której będzie korzystać również nowa zafira.

Orlando mile zaskakuje też jakością wykończenia wnętrza. Choć deska rozdzielcza jest zaprojektowana podobnie do tej z cruza to sprawia wrażenie znacznie lepszej i przede wszystkim solidniejszej. Mimo, że plastiki w większości są twarde to ich jakość stanowczo się poprawiła w stosunku do wcześniejszych modeli producenta. Zastosowane kształty mogą się podobać, a co ważne wszystko jest na swoim miejscu. Obsługa pokładowych urządzeń jest intuicyjna... no może poza sterowaniem audio.


Pod maską testowego modelu znajdował się jednostka benzynowa o pojemności 1,8 l i mocy 141 KM. Jak na parametry podstawowego i zarazem najtańszego motoru wydaje się wystarczające na papierze. Jak się przekonaliśmy na własnej skórze, praktyka potwierdziła teorię. Nowy silnik sprawnie napędzał ponad 1600-kilogramowego Orlando, odczuwalny był tylko niekiedy zbyt mały moment obrotowy, co sprawiało, że przyspieszenie wymagało zbicia nieraz dwóch biegów niżej. Jednak to nie było tak dokuczliwe, jak przeraźliwe wycie silnika podczas rozpędzania. Jest wtedy naprawdę głośna, zarówno na zewnątrz jak i w kabinie.

Kilka dni testów pokazało jednak, że jest na to rada... szybsze zmiana na wyższy bieg, tak aby nie przekraczać 4000 obr/min. Tym bardziej warto delikatniej traktować pedał gazu, ponieważ nowa konstrukcja GM nie należy do najoszczędniejszych. Przy gnieceniu gazu spalanie szybko wędruje powyżej 12 l/100 km, natomiast zwalniając oscyluje w granicach 9-10 l/100 km w ruchu miejskim. Bez rewelacji, ale jak na całkiem żwawego benzyniaka w ciężkim aucie - do zaakceptowania.

Jednak według nas najlepsze czym zaskakuje orlando kryje się w katalogach... to jego rewelacyjna cena. Tego funkcjonalnego vana można kupić już za 59 990 zł (testowana wersja w najbogatszej wersji LTZ kosztuje już 73 990).

Co na to konkurencja? Znacznie droższa - Opel Zafira kosztuje od 66 700 zł, Citroen C4 Grand Picasso - od 71 800 zł w promocji, VW Touran - od 69 890 zł.

Orlando, który jest propozycją z niższej półki kusi jakością wykończenia, designem i gwarancją na 3 lata. W końcu mamy auto skrojone pod gusta wymagających kierowców europejskich, ale stylistycznie nawiązujące do najlepszych wzorów amerykańskich. Tak trzymać.