Chevrolet w Europie przejął schedę po bankrucie z Korei - Daewoo. Nowy właściciel - koncern GM zadecydował, że na rynkach gdzie azjatycka marka nie wzbudzała dobrych wspomnień, zastąpi je logo kojarzonym dotąd głównie z legendarnym już modelem corvette.

Jednak sama zmiana znaczka na konstrukcjach niewiele różniących się od matiza i poczciwego lanosa nie wystarczyła do lawinowego wzrostu sprzedaży. Prawdziwe odrodzenie wizerunku zaczęło się od wprowadzenia do sprzedaży modelu cruze i nietuzinkowego sparka. 

Stylistyka to zdecydowanie najmocniejszy atut kompaktowego modelu cruze. W końcu auto z logo Chevroleta wygląda jak na Amerykanina przystało. Muskularna bryła z dużym grillem nachodzącym na maskę, przeciętym linią z emblematem wzbudza respekt na drodze. Efekt potęgują mocne przetłoczone nadkola i wysoko poprowadzona linia boczna z klamkami.


Z tyłu duże lampy przypominają już nieco bardziej azjatyckie rysy ale za to krótki bagażnik i mocno schodząca ku niemu linia dachu stwarzają ciekawe wrażenie, że mamy do czynienia bardziej z coupe niż sedanem. Zazdrość w oczach właścicieli konserwatywnych (nudnawych?) konkurentów z Europy gwarantowana.

Wnętrze też wydaje się obszerniejsze niż u konkurentów, przynajmniej takie wrażenie będą mieli pasażerowie przedniego rzędu, którzy poczują się jakby siedzieli w aucie o jeden rozmiar większym niż kompakt. Uczucie to dodatkowo potęgują obszerne fotele i niska pozycja za kierownicą (regulacja wysokości w standardzie). Tylna kanapa oferuje sporo miejsca i tylko bardzo, bardzo wysocy pasażerowie mogą odczuwać brak przestrzeni nad głową.


Nikt nie powinien przyczepić się do jakości wykończenia wnętrza, choć tworzywa niezłe jakościowo przeplatają się z twardym, czarnym plastikiem. Sterowanie urządzeniami pokładowymi zwłaszcza radiem i nawigacją wraz z 7-calowym wyświetlaczem zaczerpnięto z Opla. Bagażnik (pojemność 450 l) ograniczają wchodzące głęboko do wnętrza zawiasy. Minus za brak uchwytu do zamykania i cienką pokrywę nad kołem zapasowym - to zbyt radykalne oszczędności, jak na auto walczące o kieszeń wymagających europejczyków.

Skonstruowany od podstaw cruze poza wyglądem, od wcześniejszych europejskich modeli Chevroleta, wyróżnia się też lepszym prowadzeniem. Krótko mówiąc ten element jest bardziej europejski niż wskazywałby na to wygląd auta. To zasługa wykorzystania nowej płyty podłogowej delta II skonstruowanej z myślą o najnowszej astrze. Auto jest komfortowe, ale jednocześnie nieźle radzi sobie na zakrętach. Minus należy się za głośną pracę zawieszenia i zbyt natarczywe wspomaganie kierownicy psujące radość z jazdy.


Testowany egzemplarz cruze'a wyposażony był w najmocniejszą wersję 2-litrowego diesla o mocy 150 KM osiągającego 320 Nm przy 2000 obr/min. To parametry wystarczające do szybkiego przemieszczania się autem ważącym niespełna 1,5 tony, pod warunkiem, że dysponujemy wersją z manualną skrzynią biegów.

Sześciobiegowy automat w "naszym" egzemplarzu to delikatnie mówiąc mechanizm, który tłumi tak duży pokład mocy i spory moment obrotowy. Manewr wyprzedzania lub zmiany pasa ruchu wymaga zimnej krwi lub wcześniejszego wciskania gazu. Sytuację w pocie czoła próbuje ratować tryb sekwencyjnej zmiany biegów.

Niestety, oprócz słabszych osiągów (przyspieszenie do "setki" zajmuje 9,9 s - o 1,2 s więcej niż wersji z przekładnią manualną) wzrasta też zużycie paliwa. Poruszając się wyłącznie po mieście cruze potrzebował średnio 9,7 litra paliwa na 100 km. Konkurencja jest mniej zachłanna.

Krótko mówiąc cruze z automatem nadaje się dla leniwych lub jak kto woli cierpliwych. Sprawdzi się w spokojnej jeździe po mieście lub w podróżach autostradowych.


Chevrolet - samochody na które Cię stać. Tak brzmi przewodnie hasło producenta. Faktycznie 52 490 zł, jakie trzeba zapłacić za najtańszą, ale całkiem dobrze wyposażoną wersję cruze'a (6 poduszek, ESC, radio z CD/MP3, elektrycznie regulowane szyby i lusterka) z benzynowym silnikiem 1,6 l to naprawdę atrakcyjna propozycja. Aktualnie z tej kwoty można urwać dodatkowo 7500 zł, kupując auta z rocznika 2010.

Niestety testowana wersja z dieslem w najbogatszej opcji to wydatek już co najmniej 81 000 zł. Wzbogacając ją dodatkowo o automat, skórę, nawigację z 7-calowym wyświetlaczem i wybierając inny kolor niż czerwony lub biały cena wzrasta, o ponad 17 000 zł, zbliżając się tym samym do granicy 100 000 zł. To już zdecydowanie zbyt wiele, jak za samochód na każdą kieszeń.