Ten rok żegnamy z baryłką ropy kosztującą ok. 110 dolarów. W kontekście międzynarodowym ni to specjalnie drogo, ni tanio. Na początku kwietnia ropa przebijała jeszcze pułap 125 dolarów, z drugiej jednak strony dokładnie rok temu kosztowała „okazyjne” 92 dol. W kontekście Polski sprawa jest bardziej skomplikowana – w ciągu roku dolar podrożał z 2,9 do 3,35 zł, a były momenty, że kosztował nawet 3,5 zł. To zaważyło na cenach paliw na stacjach, a tym samym – na wysokiej inflacji.

W przyszłym roku może być identycznie. Może, ale nie musi. Jak bowiem pokazują doświadczenia z przeszłości, wystarczy że kryzys na poważnie zaciśnie ręce na gardle Europy i Stanów Zjednoczonych, a ropa gwałtowanie potanieje. W przypadku poważnej zawieruchy ekonomicznej może zlecieć nawet do poziomu 40 – 50 dolarów za baryłkę. Wtedy nawet wysoki kurs dolara nie byłby nam straszny i ceny na stacjach spadłyby do poziomu ok. 4,5 zł.

Ale jest jeszcze drugi scenariusz: sytuacja gospodarcza Stanów poprawia się, strefa euro wychodzi z kryzysu, świat nabiera rozpędu, rośnie zapotrzebowanie na ropę, a jej ceny wspinają się do rekordowego poziomu z lipca 2008 roku, czyli do 150 dol. za baryłkę. Wtedy każdy wlany do baku litr benzyny czy oleju napędowego kosztować nas może 7 – 8 złotych. Chyba że nasza waluta będzie na tyle silna, że zbije dolara do poziomu 2 zł.