"Kupię olej roślinny w ilościach hurtowych"; "Skupujemy zużyty olej jadalny"; "Poszukuję restauracji lub baru, gotowego co tydzień odsprzedać około 30 litrów wysmażonego oleju" - coraz więcej podobnych ogłoszeń można spotkać na stronach giełd spożywczych. Większość z nich ma związek z legalnym obrotem, ale przybywa takich, między wierszami których odczytać można, że olej posłużyć ma za paliwo do samochodu. Nielegalne, bo jazda na paliwie nieobłożonym akcyzą jest zabroniona.

Kierowców to nie odstrasza. Ryzyko, że policja zajrzy im do baku, jest minimalne, a ceny diesla coraz mocniej biją ich po kieszeni, więc są zdeterminowani do poszukiwania alternatywnych paliw. Jedni przesiadają się do aut zasilanych benzyną i przerabiają je na zasilanie gazowe, drudzy decydują się wlewać do baków jadalny olej.

Dotyczy to głównie właścicieli leciwych modeli z silnikami diesla starszej generacji, mało wrażliwych na jakość paliwa. Aby przystosować je do spalania oleju jadalnego, wystarczy zamontować nagrzewnicę, która podniesie temperaturę paliwa i ułatwi mu przepłynięcie przez przewody oraz wtryskiwacze.


W oficjalnych cennikach warsztatów samochodowych usługi montażu nagrzewnicy nie znajdziemy. Ale w nieoficjalnych rozmowach mechanicy przyznają, że przyjeżdża do nich coraz więcej kierowców ze sprzętem kupionymi w internecie z prośbą o jego montaż. – Tylko w grudniu mieliśmy siedmiu takich – opowiada pracownik jednego z serwisów pod Szczecinem. Dodaje, że koszt instalacji to 500 – 1000 zł. W serwisach internetowych pojawiają się oferty sprzedaży samochodów już przystosowanych do zasilania olejem jadalnym. Można kupić np. nissana patrola na olej rzepakowy. Inwestycja ma się szybko zwrócić.

Co prawda w sklepach spożywczych olej jest dość drogi – 6 – 7 zł za litrową butelkę, czyli więcej niż diesel na stacji, ale bywają promocje, gdy za pięciolitrową butelkę zapłacić trzeba 25 zł. W internecie jest jeszcze taniej – przy zakupie kilkuset litrów można zejść do 4,3 zł za litr. A to już ponad złoty taniej niż ON. Taki olej zamiast na patelnię trafia do baku. Albo jeszcze inaczej – najpierw na patelnię, a dopiero później do baku. Coraz częściej bowiem kierowcy skupują przepalony olej od barów szybkiej obsługi czy restauracji. Teoretycznie zużyty już produkt poddaje się domowej "rafinacji" - podgrzewa do wysokiej temperatury i przepuszcza przez filtry, które wyłapują pozostałości po frytkach i schabowym.


– Zużywamy miesięcznie około stu litrów oleju. Zlewamy to do beczki, którą odbiera od nas jeden ze stałych klientów. Płaci po 1 zł za litr – opowiada nam właściciel kilku barów w Radomiu. Dodaje, że nigdy nie wnikał w to, do czego ów klient zużywa później olej, ale przyznaje, że z rury wydechowej jego auta czuć frytkami.

Handel zużytym olejem jadalnym kwitnie także w sieci. Ceny: od 80 groszy do 1,2 zł za litr. I więcej deklarujących chęć zakupu niż sprzedających. Ameryki jednak nikt nie odkrył. Olej, na którym wcześniej smażyły się frytki, do napędzania swoich samochodów z powodzeniem wykorzystuje McDonald. Kilka miesięcy temu filia firmy w Zjednoczonych Emiratach Arabskich podpisała umowę z koncernem Natural Fuels, który na jej zlecenie uzdatnia "paliwo" pochodzące z restauracji. Tam jednak jego używanie jest w pełni legalne. Zresztą i tak w ZEA na masową skalę nie opłaca się tego robić, bo litr oleju napędowego na tamtejszych stacjach kosztuje - w przeliczeniu - niecałe 2 zł. Zatem McDonald jeździ na oleju po frytkach ze względów ekologicznych. My - z czysto ekonomicznych.

Instalacja do spalania oleju jadalnego w aucie to koszt 0,5-1 tys. zł