Zdaniem ekspertów tylko w tym roku park dwukółek powiększy się o kolejne 150 – 200 tys. maszyn. Niestety ten medal ma także swoją drugą stronę: kierowcy motorów i samochodów nadal nie potrafią żyć ze sobą w drogowej symbiozie.

Kto wczyta się w statystyki, może wysnuć teorię, że w ostatnich 2 – 3 latach rynek motocyklowy ostro wyhamował – w całym ub.r. po raz pierwszy zarejestrowano nad Wisłą dokładnie 141 tys. nowych i używanych jednośladów, podczas gdy w 2008 r. było ich niemal 220 tys. Jednak eksperci zwracają uwagę, że 4 – 5 lat temu nasz rynek zalały tanie produkty nieznanych chińskich marek, sprzedawane nawet w supermarketach. To one wywindowały statystyki rejestracji, jednak zachwyt nimi szybko minął – okazały się tak awaryjne, że do niektórych przylgnęła łatka motorowerów jednorazowego użytku. W efekcie klęskę poniosły jeszcze szybciej, niż odniosły sukces. Wyraźnie widać to po ubiegłorocznych wynikach sprzedaży – takie egzotyki jak Yamasaki czy Longjia straciły po 25 proc. klientów względem 2010 r., podczas gdy np. polski Zipp poszedł w górę o 50 proc.

Dziś klienci zamiast nowego chińskiego skutera wolą kupić używany, ale pełnowartościowy motocykl. – W ub.r. zanotowaliśmy 55,2 mln zapytań dotyczących jednośladów, z czego tylko 18,3 proc. dotyczyło skuterów, a reszta motocykli, i to renomowanych marek, np. Hondy i Yamahy – wyjaśnia Marcin Świć, dyrektor serwisów motoryzacyjnych Grupy Allegro. Z jego obliczeń wynika, że motocykle zamieszczane w ogłoszeniach mają średnio 10 lat i kosztują ok. 10 tys. zł.

Zdaniem ekspertów rosnące zamiłowanie Polaków do jednośladów nie jest jedynie chwilowym trendem, lecz ma uzasadnienie. W dobie bijących co chwilę nowe rekordy cen paliw i coraz dłuższych korków w dużych miastach jazda na dwóch kółkach stała się po prostu bardziej opłacalna. Tym bardziej że wydłuża się sezon użytkowania motocykli. – Sam jeździłem do stycznia tego roku i wystraszył mnie dopiero śnieg, bo na pewno nie temperatury – tłumaczy Mariusz Łowicki, szef serwisu Scigacz.pl. Jego zdaniem motorem można jeździć 8 – 10 miesięcy w roku. Co nie znaczy, że będzie to jazda łatwa i przyjemna.

– W komunizmie motocykl był synonimem biedy: kupował go ten, kogo nie było stać na samochód. Do dziś wielu właścicieli aut uważa motocyklistów za uczestników ruchu gorszej kategorii. Potrzebne są zmiany pokoleniowe, aby motocykle i samochody traktowane były na drodze równo, jak ma to miejsce we Francji czy Włoszech – uważa Łowicki. Zresztą na Zachodzie do korzystania z jednośladów jako środka rozładowującego korki zachęcają sami urzędnicy, np. pozwalają motocyklistom używać buspasów. U nas wlepia się im za to mandaty. Bo lepiej kiedy motor lawiruje niebezpiecznie między samochodami, niż miałby o dwie sekundy opóźnić autobus.