W dzienniku.pl o swojej wyprawie opowiadają motocyklowi podróżnicy z endurovoyager.com

Z Polski wyruszamy wieczorem. Nasz zaprzęg składa się z samochodu dostawczego i przyczepy z czterema motocyklami. Już na pierwszych kilometrach pojawiają się pierwsze kłopoty. W naszym aucie wysiada ogrzewanie. Na zewnątrz jest -15, w kabinie niewiele więcej. Na szczęście w Czechach udaje się nam usunąć awarię i już bez przygód, po 45 godzinach jazdy docieramy na Sycylię. Zostawiamy auto i przyczepę w Mesynie u Fulwio, naszego znajomego Włocha, i dalej już na motocyklach kierujemy się w stronę Palermo, gdzie czeka na nas prom. Jest cudownie. Uświadamiamy sobie, że właśnie rozpoczęliśmy sezon motocyklowy !Wieczorem odprawiamy siebie i motocykle i po godzinie jesteśmy już na promie. Po dziesięciu ciężkich sztormowych godzinach spędzonych na promie docieramy do Tunezji.

http://www.youtube.com/watch?v=eqgJWtL9OQg

Po bezdrożach
Naszego podniecenia nie jest w stanie zagłuszyć nawet trwająca w nieskończoność procedura celno-paszportowa. Po trzech godzinach walki z celnikami i wypełniania niezliczonej liczby dokumentów wjeżdżamy do Tunisu. Jest czwarta rano i bardzo zimno. Krążymy po opustoszałym mieście w poszukiwaniu bankomatu i kantoru. W końcu, w którymś z kolei bankomacie udaje się wypłacić tunezyjskie dinary. Na wylotówce ze stolicy zatrzymujemy się na pierwszą arabską kawę. Słońce powoli wstaje, robi się cieplej, kawa zaczyna działać, a w nas jakby wstąpiła nowa siła. Szczęśliwi i pobudzeni ruszamy na południe w kierunku gór Atlas.


Mijane pejzaże są dla nas zaskoczeniem. Niewielkie zielone pagórki przypominają raczej Szkocję niż Afrykę. Z godziny na godzinę, widoki zmieniają się na coraz bardziej surowe i pozbawione zieleni.

Na jednym z postojów programuję trasę w nawigacji, aby prowadziła nas po jak najgorszych drogach. Posunięcie to okazuje się strzałem w dziesiątkę i w końcu możemy cieszyć się jazdą po dziurawych, bardzo urokliwych szutrowo-glinianych dróżkach. Jesteśmy tak podekscytowani, że ze szczęścia aż krzyczymy. Rozpiera nas pozytywna energia, której tak bardzo brakowało nam podczas jesiennych i zimowych dni bez motocykli. Mimo wszystko po południu dopada nas zmęczenie. Daje o sobie znak bezsenna noc na promie. Znajdujemy miejsce na nocleg. Na taki widok było warto czekać - rozbijamy obóz w pobliżu małego jeziorka z widokiem na wysokie góry. W nocy temperatura spada prawie do zera, ale i na to jesteśmy przygotowani. 

W stronę pustyni
Nazajutrz po rozgrzewającej kawie ruszamy dalej w kierunku miejscowości Mathar. Krajobrazy powoli stają się coraz bardziej surowe. Zielone wzgórza zmieniają się w wyschnięte kamieniste góry. Tylko gdzieniegdzie urozmaicone gajami oliwnymi i kaktusami. W ciągu dnia robimy przerwę w małej przydrożnej kawiarni, gdzie na pożegnanie dostajemy w prezencie od właściciela zgrzewkę wody mineralnej- na pewno się przyda. Korygujemy trasę tak, żeby nie ominąć zabytkowego berberyjskiego miasta wykutego w skale w okolicach miejscowości Sened Gare. Jaskinie Berberów wyglądają naprawdę okazale, zastanawiamy się nawet, czy nie zanocować dziś w jednej z nich. Ostatecznie wybieramy dalszą podróż. Powoli zaczyna się ściemniać, więc zaczynamy szukać miejsca na kolejny nocleg. Tym razem wybieramy gaj oliwny.


Prysznic na myjni
Dzisiaj postanawiamy trochę przyśpieszyć i już asfaltowymi drogami dojechać do Tamerzy - pierwszej górskiej oazy. Wygląda naprawdę okazale, usytuowana jest w samym środku wzgórz fosforytowych i mocno kontrastuje swoją zielenią z nagimi piaskowymi skałami. Zwiedzamy ruiny starego miasteczka znajdującego się na skale, tuż nad gajem palmowym. Podobno stąd pochodzą najlepsze daktyle w Tunezji. Niestety jest za wcześnie żeby spróbować ich prosto z drzewa. Ruszamy dalej w kierunku algierskiej granicy. Droga jest fantastyczna. Ciągłe zakręty i serpentyny wijące się wzdłuż skalistego wąwozu robią na nas niesamowite wrażenie. Nie możemy się zdecydować, czy zatrzymywać się co chwilę na zdjęcia, czy po prostu cieszyć się jazdą. Wybieramy to drugie, ale już po kilkunastu kilometrach góry nagle się kończą, a przed nami ukazuje się półpustynia, ciągnąca się daleko po sam horyzont i wyschnięte słone jezioro. Asfaltowa droga prowadzi groblą wzdłuż jeziora, lecz my decydujemy się pojechać po jeziorze. Uczucie jest niesamowite. Powierzchnia jeziora jest dość miękka, ale nie przeszkadza w jeździe. Wyznaczamy kierunek do najbliższego miasta i jedziemy na azymut. Zabawa kończy się dość szybko, gdy wjeżdżamy w bardziej grząski obszar. Efekt jest taki, że trzy motocykle grzęzną na dobre w słonym, kleistym błocie. Przez kolejne trzydzieści minut próbujemy się z niego uwolnić. W efekcie pokornie wracamy na asfalt. Motocykle i nasze ubrania wyglądają strasznie. Są tak oklejone, że każdy waży co najmniej dziesięć kilo więcej. Za pomocą patyków próbujemy pozbyć błota, ale po chwili poddajemy się. W najbliższym mieście znajdujemy myjnie i ku zdziwieniu pracowników spłukujemy błoto z motocykli i siebie. Robimy duże zapasy paliwa i wody i kierujemy się nad wielkie słone jezioro Szott. Po dzisiejszej nauczce postanawiamy objechać je dookoła od zachodu w stronę prawdziwej pustyni wzdłuż granicy algierskiej.


Pierwsza noc na pustyni
Żegnamy się z asfaltem i wjeżdżamy na szutrowo-kamienistą dróżkę. Nasza ekscytacja rośnie - już nie możemy się doczekać, kiedy dojedziemy do prawdziwej piaskowej pustyni. Droga jest dość trudna technicznie, więc musimy jechać na stojąco. Ciągłe wzniesienia i duże kamienie, które potrafią wybić kierownicę z rąk sprawiają, że co trzydzieści minut robimy postój. Krajobrazy zmienią się po raz kolejny. Małe pustynne krzaczki powoli stają się coraz rzadsze i pojawiają się pierwsze małe wydmy. Nie przyzwyczajeni do jazdy po grząskim piasku zaliczamy pierwsze niegroźne wywrotki. Ogarnia nas coraz większe zmęczenie. Ponieważ zbliża się zmierzch przerywamy jazdę. Tym razem nie bawimy się w szukanie uroczego miejsca na nocleg. Po prostu zjeżdżamy z drogi i rozbijamy namioty. Mimo zmęczenia długo siedzimy przy herbacie i rozmawiamy o wyjeździe. Nie możemy wyjść z podziwu, że jeszcze kilka dni temu odśnieżaliśmy samochody i zmagaliśmy się z kilkunasto stopniowym mrozem.

Witaj Saharo
Rano ruszamy do Douz. Miasta, z którego prowadzi szlak na Wielki Erg Wschodni, czyli prawdziwą Saharę. Robimy ostatnie zapasy wody i przez wielkie słynne wrota pustyni wjeżdżamy na piaszczyste pustkowie. Po wczorajszym treningu idzie nam całkiem sprawnie. Oczywiście jedziemy powoli ale za to nie zaliczmy większych wywrotek. Otaczający nas ze wszystkich stron piach i małe wydmy sprawiają, że bardzo łatwo stracić orientacje w terenie. Gdybyśmy nie mieli nawigacji, zapewne pogubilibyśmy się i nie wiedzieli, gdzie jechać. Po kilkudziesięciu kilometrach zmienia się krajobraz na bardziej kamienisty z wyraźnie widoczną drogą ciągnącą się daleko po horyzont. Możemy trochę przyspieszyć. Po chwili dostrzegam w oddali dużą wydmę stojącą samotnie. Nie zastanawiając się skręcam w jej kierunku. Pod kaskiem tłumią się myśli, czy uda mi się wjechać. Jest dość duża ale nie odpuszczam. Na pełnym gazie atakuję piaszczyste zbocze. Spod tylnego koła tryska fontanna piasku. Nie tracę jednak prędkości i wjeżdżam na sam szczyt. Jestem tak szczęśliwy, że w napadzie euforii krzyczę. Macham do chłopaków, żeby też spróbowali. Po chwili jesteśmy we czterech na górze. Zgodnie stwierdzamy, że to jest to o czym już od dawna marzyliśmy.


Kawa na pustyni
Po kolejnych kilkunastu kilometrach kamienie powili znikają pod piaskiem, którego kolor jest ciemniejszy i bardziej pomarańczowy niż ten, po którym jechaliśmy wcześniej. Robimy małą sesje zdjęciową i ruszamy dalej w kierunku oazy Ksar Ghilane. W pewnym momencie z oddali wyłania się mały berberyjski namiot. Podjeżdżamy bliżej i okazuje się, że jest to…kawiarnia. Zamawiamy kawę, zimną colę i odpoczywamy w cieniu namiotu. Od właściciela dowiadujemy się skąd ma zimne napoje. Na migi tłumaczy nam, że zakopuje je w głębokich jamach w ziemi. Kiedy pojawiają się klienci wykopuje je i podają zimny napój. Genialne! A jak cudownie smakuje.

Przed nami jeszcze kilkadziesiąt kilometrów do Ksar Ghilane. Powoli robi się późno, więc niedługo będzie trzeba rozbić namioty. Z pomocą przychodzi nam właściciel kolejnej napotkanej pustynnej kawiarni. Za niewielką opłatą proponuje nam nocleg w dużym namiocie, kolację i rano śniadanie. Bez zastanowienia przyjmujemy ofertę. 

Kolejny dzień zaczynamy o świcie. Chcemy wyruszyć zanim temperatura stanie się uciążliwa. Teren okazuje się jeszcze trudniejszy niż wcześniej. Wydmy są małe, ale bardzo strome co skutkuje ciągłym zakopywaniem motocykli i drastycznym spadkiem tempa. Przez trzy godziny pokonujemy zaledwie kilkanaście kilometrów. Jesteśmy mocno zmęczeni, ale mimo wszystko staramy się jechać dalej. Po dwóch kolejnych godzinach walki z piaskiem na horyzoncie ukazuje się oaza Ksar Ghilane. Widok jest dość surrealistyczny. Pośrodku pustyni rośnie las palm. Ostatkiem sił wjeżdżamy do oazy, a tam coś, czego się nie spodziewaliśmy. Raj! Restauracja, pole namiotowe i staw, w którym można się wykąpać. Od razu wskakujemy do wody. Spędzamy tam pół godziny. Mimo, że nie jest jeszcze późno zostajemy do kolejnego dnia.


Warowne Ksary
Nazajutrz kierujemy się na wschód w stronę Tatuine, w okolicach którego zwiedzamy ruiny zabytkowych spichlerzy. Największe wrażenie robi na nas Ksar Outled Soltane. Świetnie zachowany jest wielką atrakcją turystyczną. Na szczęście jest zima, więc poza nami nie ma żadnych turystów. Kolejnego dnia jedziemy do Ksaru Hadada. To miejsce znają wszyscy fani Gwiezdnych Wojen. To tam kręcono niektóre sceny z IV części Nowa Nadzieja. Czas nas jednak goni, więc powoli kierujemy się w stronę Tunisu. Trasę postanawiamy pokonać w dwa dni, podczas których zwiedzamy wschodnie wybrzeże Tunezji. 

Cały wyjazd trwał prawie trzy tygodnie, z czego 12 dni spędziliśmy w samej Tunezji. Najpiękniejsze jest to, że już nie mogę doczekać się kolejnej zimy i ponownego spotkania z Saharą. Tym razem w Maroku.