Dziś branża recyklingu akumulatorów zdominowana jest przez trzech graczy – Baterpol, ZAP Sznajder Batterien oraz giełdowego Orła Białego. Przez te firmy przechodzi większość z 7 mln akumulatorów przetwarzanych co roku w Polsce.

Dane o wartości rynku są trudno dostępne. Można oceniać ją po cenie recyklingu urządzenia, która wynosi ok. 30 zł. Dawałoby to ok. 210 mln zł rocznie. Inną metodą jest szacowanie jego wartości po cenie ołowiu, który pozyskuje się z akumulatorów. Rocznie otrzymuje się 70 tys. ton ołowiu, którego cena za tonę sięga 2 tys. dol. To daje już blisko 0,5 mld zł rocznie.

Na ten rynek chciałyby wejść kolejne firmy, ale obowiązujące przepisy stawiają bardzo wysokie i kosztowne wymagania środowiskowe. Zgodnie z nimi recykling złomu akumulatorowego musi odbywać się w specjalnych, zamkniętych i bezpiecznych dla środowiska liniach technologicznych.

Ministerstwo Środowiska postanowiło złagodzić te wymogi. Ale – zdaniem zarówno branży, jak i firm chcących do niej dołączyć – jego projekt idzie za daleko.

– Naszym celem jest złamanie obecnego oligopolu w tej branży i dopuszczenie kolejnych podmiotów do recyklingu akumulatorów, ale nie kosztem środowiska – tłumaczy Katarzyna Weinert, członek zarządu spółki Loxa, producenta akumulatorów, który lobbował za zmianą regulacji. – Ale nie chcemy, by w efekcie dochodziło do sytuacji, że akumulatory będą rozbierane w garażach, a wydobyty z nich kwas trafiał do rzek czy lasów – podkreśla.

A zdaniem ekspertów takie właśnie mogą być konsekwencje wdrożenia nowego prawa.

– Umożliwi ono rozbieranie akumulatora każdemu, w zupełnie nieprzystosowanym do tego miejscu – zaznacza Andrzej Jasiński, doradca ds. środowiska Waldemara Pawlaka.

Piotr Zacharczuk z kancelarii prawnej Rudnicki i Partnerzy nie ma wątpliwości, że tego typu zmiany sprzyjać będą szarej strefie.

Eksperci obawiają się, że małe firmy, które powstałyby po zmianie przepisów, zajmowałyby się wyłącznie pozyskiwaniem płytek ołowiowych z akumulatorów. Na tonie tego metalu można zarobić 2 tys. dol. W każdym urządzeniu, które waży średnio 15 kg, zawartość ołowiu (płytki metaliczne i pasta ołowiowa) stanowi 73,5 proc. Tyle że pasta ołowiowa, która jest de facto pyłem, to bardzo niebezpieczny surowiec. Należy ją magazynować w szczelnych pojemnikach i transportować do hut, gdzie jest przetapiana, wyłącznie po specjalnie wyznaczonych drogach. Niebezpieczny jest też elektrolit zawierający kwas siarkowy i toksyczny antymon. Eksperci obawiają się, że odpady te trafiać będą na dzikie wysypiska.

Resort zaprzecza i wyjaśnia, że projektowana zmiana nie sprawi, iż zużyte baterie i akumulatory przestaną być przetwarzane w sposób bezpieczny. – Zabezpieczeniem przed ewentualnym zagrożeniem są przepisy ustawy o odpadach. Organ wydający zezwolenie na prowadzenie odzysku lub unieszkodliwianie odpadów może odmówić jego wydania, jeżeli zamierzony sposób ich zagospodarowania mógłby powodować zagrożenia dla życia, zdrowia ludzi lub dla środowiska – przekonują w MŚ.

Eksperci twierdzą jednak, że wiele będzie zależało od systemu nadzoru tego typu odpadów niebezpiecznych. – Z każdą działalnością gospodarczą wiąże się ryzyko, ale przyjmując przygotowywane przez MŚ rozwiązania prawne, rozszerzamy to ryzyko do granic, które ciężko będzie kontrolować – ostrzega Andrzej Chmielarz z Instytutu Metali Nieżelaznych.