Wyczekiwany odcinek autostrady A1 ze Strykowa do Tuszyna pozwoli objechać Łódź od wschodu. 40 km nowoczesnej arterii spina układ dróg szybkiego ruchu w centralnej Polsce. Dzięki nim w węzeł autostrad A1 i A2 w Strykowie wjedzie strumień aut od strony Piotrkowa Trybunalskiego (z ekspresówki S8 i gierkówki). Jak dowiedział się DGP, kierowcy ruszą nim jeszcze przed Światowymi Dniami Młodzieży (ŚDM), które zaczynają się 27 lipca. Nieoficjalny plan jest taki, że miałoby się to stać już w połowie miesiąca.

Zapisany w umowach termin otwarcia to 6 sierpnia. Resort infrastruktury poprzez GDDKiA naciskał jednak, by stało się to przed ŚDM, bo fragment A1 został wyznaczony jako jeden z korytarzy do obsługi tej imprezy. Ale był problem z poskładaniem drogowych puzzli: umowy są trzy (za łącznie ponad miliard złotych), a odcinki trzeba otworzyć jednocześnie. Dostosowały się Budimex i Mota-Engil, ale nie spieszyło się Strabagowi. Wiemy nieoficjalnie, że wykonawca chciał od GDDKiA za przyspieszenie prac aneksu na 4,5 mln zł (do kontraktu wartego prawie 340 mln zł).

P.o. generalny dyrektor dróg krajowych i autostrad Jacek Bojarowicz zdecydował, że dopłat do kontraktu nie będzie. Mimo to po kilku tygodniach klinczu prace ruszyły.

Od kwietnia na odcinku budowanym przez Strabag nastąpiło bardzo duże przyspieszenie prac, co zbliża tego wykonawcę do pozostałych. Każdy wyprzedza harmonogram. Średnie zaawansowanie prac to dziś w zależności od odcinka od 90 do 100 proc. – wylicza Maciej Zalewski, rzecznik łódzkiej GDDKiA.

W branży mówi się, że Strabag zmobilizował ludzi i sprzęt, żeby nie podpadać rządowemu inwestorowi, bo ma w perspektywie kolejne duże zlecenia do 2025 r.

Rządowy inwestor jest ostrożny w wypowiedziach. – Poza zaawansowaniem robót wiele zależy od sprawnych odbiorów i uzyskania pozwolenia na użytkowanie – zastrzega Maciej Zalewski. – Ale istnieje realna szansa na przyśpieszenie przekazania trasy do ruchu – przyznaje.

Nowym odcinkiem da się przejechać bez zatrzymywania trasę między Wrocławiem, Łodzią i Trójmiastem. A to będzie oznaczało wprowadzenie dodatkowego ruchu na autostradę A1 między Strykowem a Gdańskiem, która w letnie weekendy i tak przeżywa oblężenie. W 2014 i 2015 r. koncesjonariusz GTC notował między Toruniem a Gdańskiem w sierpniowe weekendy spiętrzenia ruchu ponad 90 tys. aut na dobę.

W tym sezonie na pewno zostanie przekroczona bariera 100 tys. – przewiduje Adrian Furgalski, wiceprezes Zespołu Doradców Gospodarczych „Tor”. – Po pierwsze, do autostrady zostanie podłączona trasa S8 od strony Wrocławia. A po drugie, liczba turystów nad Bałtykiem może być rekordowa, bo Polacy przestali latać m.in. do Egiptu i Tunezji – tłumaczy.

W lipcowe weekendy 2014 r. kolejki do bramek na A1 były tak długie, że ówczesny premier Donald Tusk zdecydował, żeby podnieść szlabany. Rok później tymi śladami poszła premier Ewa Kopacz z tą różnicą, że pierwsze otwarcie nastąpiło już w czerwcu. Kosztowało to Skarb Państwa odpowiednio 20 i 50 mln zł.

Rząd Beaty Szydło postanowił się z tego zwyczaju wyłamać. Minister infrastruktury Andrzej Adamczyk zapowiedział to DGP w grudniu. A w ciągu ostatnich tygodni Ministerstwo Infrastruktury i Budownictwa (MIB) potwierdziło, że nie zmienia tego nawet perspektywa wydłużenia autostrady na południe. – Nie planujemy wakacyjnego otwierania bramek na A1 – powtarza Elżbieta Kisil, rzeczniczka MIB.

Kiedy latem nad A1 zaczną latać telewizyjne drony, a informacje o zatorach znajdą się na czołówkach serwisów, może się zdarzyć, że rząd się z tej deklaracji wycofa – powątpiewa Adrian Furgalski. Jednocześnie przyznaje, że otwarcie bramek jest bezcelowe. – Spowodowałoby tylko, że korek przesunąłby się na obwodnicę Trójmiasta oraz drogi prowadzące np. do Władysławowa i na Hel – wskazuje.

Robert Chwiałkowski z Siskomu twierdzi, że nie należy przeceniać wpływu otwarcia nowego odcinka na fragment północny trasy A1, a otwieranie bramek to był błąd. – Darmowa autostrada ściągnęła dodatkowy ruch i skumulowała go na trasie S6 w Trójmieście. W drodze do Torunia był co prawda pewien zysk czasowy, ale niewart wydanych pieniędzy – podkreśla ekspert.

Dla prywatnego koncesjonariusza, spółki GTC, nie ma znaczenia, czy bramki są otwarte, czy zamknięte. Jego wynagrodzenie nie jest uzależnione od wysokości wpływów z bramek. Pokrycie braku wpływów z opłat w Krajowym Funduszu Drogowym idzie z kieszeni podatników. – Z powodu otwierania bramek wyparowało 70 mln zł wpływów do KFD. Za taką kwotę można by wybudować ok. 2,5 km szybkiej drogi – przypomina Adrian Furgalski.

Współczuję wszystkim kierowcom, którzy będą płacili cenę za brak elektronicznego systemu poboru opłat na autostradach – komentuje sytuację Krzysztof Król z Polskiej Izby Informatyki i Telekomunikacji. Jak podkreśla, rozwiązaniem byłby elektroniczny system, który usprawniłby przejazd przez punkty poboru opłat (np. kierowca sam otwierałby bramkę za pomocą urządzenia pokładowego, a przedpłacona należność byłaby ściągana z jego konta).

Była minister infrastruktury Elżbieta Bieńkowska zapowiadała, że system elektroniczny dla aut osobowych zacznie działać już w 2016 r. Jej następczyni Maria Wasiak (też z PO) zdecydowała inaczej – wprowadzenie nowego rozwiązania postanowiła zgrać z przetargiem na operatora systemu viaTOLL (do poboru e-opłat dla ciężarówek), czyli poczekać, aż w listopadzie 2018 r. skończy się umowa z Kapschem. Obecny minister Andrzej Adamczyk też nie zamierza rozpoczynać wdrażania systemu, który zmniejszy zatory na bramkach, zanim nie zostanie wskazany operator viaTOLL.