Sułkowice - miejscowość w Małopolsce, ok. 30 km od Krakowa w stronę południowej granicy Polski. Marcin Ćwiertnia mieszka w domu przy ulicy Partyzantów w biegu drogi wojewódzkiej nr 956, która w tym właśnie miejscu układa się w zakręt. Bardzo pechowy zakręt - zarówno dla kierowców, jak i dla mieszkańców domu.

Dom Marcina stoi po wewnętrznej stronie łuku, z którego średnio dwa razy w miesiącu wypada hamujący z piskiem opon samochód i uderza w ścianę budynku, wpada do rowu tuż pod oknami lub dachuje do ogrodu.

- Jak parkowałem pod domem, trzy razy skasowano mi samochód, raz motocykl i raz mnie. Średnio dochodzi tutaj to 1,84 wypadku na miesiąc, w zależności od aury, natężenia ruchu. Najczęściej w pierwszej fazie deszczu - relacjonuje nasz rozmówca.

Marcin Ćwiertnia uważa, że przyczyną tych zdarzeń jest zbieg kilku okoliczności. Wśród nich wymienia wyprofilowanie zakrętu, który w połowie traci nachylenie, oraz opady wypłukujące ziemię na drogę (brak rowów melioracyjnych).

- Nadmierna prędkość nie jest tutaj kluczową przyczyną, raczej sporadyczną. To kontrowersyjna kwestia, ale na własne oczy widziałem moment wypadku. Dlatego stawiam taką tezę.  Na szczęście nikt jeszcze nie zginął, choć zdarzały się poważne obrażenia - mówi.

Stan podwyższonej gotowości przerywany co jakiś czas piskiem opon i hukiem uderzenia na tyle wpisał się w życie rodziny Ćwiertniów, że uznają go za codzienność. Pod ręką mają przygotowany zestaw ratunkowy, z którym wybiegają na pomoc poszkodowanym.

- Apteczka, trójkąt, gaśnica, kamizelka odblaskowa oraz klucze do odpinania akumulatorów zawsze są na miejscu, a ich ewentualny brak jest na bieżąco uzupełniany - opowiada Marcin.

Zakręt nie wybiera

Z jego relacji wynika, że przekrój społeczny ludzi wypadających z zakrętu jest bardzo szeroki. Od młodych kierowców, którzy ledwo odebrali prawo jazdy, przez ludzi w sile wieku - kobiety i mężczyzn - na zawodowych kierowcach kończąc. Ale wszyscy razem reagują identycznie.

- Zawsze, ale to zawsze jest szok. Jednak nie tyle spowodowany wypadkiem, co zdziwieniem. Mówią: jechałem przecież powoli, nie wiem, nie mam pojęcia co się stało i dlaczego. Sądzę, że można im wierzyć - zauważa mieszkaniec Sułkowic.

Z biegiem czasu Marcin Ćwiertnia nabrał sporego doświadczenia w kierowaniu ruchem, tłumaczeniu angielskiego policji i… kłóceniu się ze zbiegowiskiem "kibiców".

- Świadkowie wypadku, najbliżsi sąsiedzi zawsze starają się pomóc. Reszta? Cóż, przykra sprawa - zerowa chęć pomocy, tłum gapiów, każdy zna się na wszystkim, ale nikt nie jest skory do podania ręki. Ludzie naprawdę nie mają bladego pojęcia o pierwszej pomocy, targają na siłę ludzi z samochodów, nie zważając na kręgosłup - opisuje.

Ile ten stan jeszcze potrwa?

Mieszkańcy domu przy pechowym zakręcie składali skargi, zażalenia, prośby i zapytania do Zarządu Dróg Wojewódzkich w Krakowie.

- ZDW uważa, że z drogą wszystko jest w porządku. Nową nakładkę na jezdnię położy, ale po jesiennym remoncie kanalizacji na tym odcinku drogi. Twierdzi też, iż wypadki są spowodowane nadmierną prędkością - mówi Ćwiertnia.

Do tego czasu sposobem na "latające samochody" mają być ustawione przez ZDW znaki tzw. sierżanty: ograniczenie prędkości, ostrzeżenie o wypadkach i śliskiej nawierzchni.

- Przeprowadzić się nie możemy ze względów rodzinnych. Ogólnie przykra sprawa, staram się pomagać jak mogę, ale nic to nie zmienia. Zdarza mi się ostatnio, że nie mogę zasnąć - zwierza się Marcin. Jego sypialnia wychodzi na zakręt.