Ranking wykonawców tworzony przez GDDKiA od 2010 r. zawsze budził negatywne emocje w spółkach budujących drogi, bo o pozycji na liście decydował wyłącznie odsetek próbek nawierzchni niespełniających wymagań inwestora. Obok siebie stoją więc spółki, od których pobrano niespełna 50 próbek, i takie, które badano ponad 4 tys. razy. I to jest niezmienny zarzut firm wykonawczych. Tak jest i tym razem, po ogłoszeniu zestawienia za trzy kwartały tego roku.

Ale jest przełom – są spółki, które zaczęły się wypowiadać o nim przychylnie. – Kiedyś krytykowałem to zestawienie, ale teraz proszę o więcej. Wciąż mam zastrzeżenia do metodologii, ale jeśli nie jest zmieniana w trakcie gry, to może być wyznacznikiem. W budownictwie potrzebne jest współzawodnictwo – mówi Dariusz Blocher, prezes Budimeksu.

Trudno oprzeć się wrażeniu, że stosunek do rankingu zależy od pozycji na liście. Dziś Budimex ma 7,3 proc. negatywnych próbek, ale dwa lata temu było to 15 proc. Jak to się robi? – Część premii kilkunastu dyrektorów odpowiedzialnych za kontrakty uzależniłem od tego, czy uda się poprawić pozycję Budimeksu w tym rankingu – ujawnia Dariusz Blocher.

Jan Styliński, prezes Polskiego Związku Pracodawców Budownictwa

 Branża podchodzi do rankingu jakości ze sporym dystansem, bo GDDKiA nigdy nie ujawniła metodologii badań. Nie wiem, czy dobór próbek jest taktyczny, ale zastanawiający jest fakt, że w rankingu najbardziej dostaje się tym wykonawcom, którzy z inwestorem pozostają w konflikcie. Na szarym końcu rankingu – przez kolejny rok z rzędu – jest spółka Bilfinger Berger, która spierała się z GDDKiA np. w sprawie południowej obwodnicy Warszawy. Poza tym dane powinny zostać uśrednione, np. liczbą usterek na kilometr bieżący budowy, bo dzisiaj inwestor mierzy jedną miarą wykonawców różnego kalibru.

Nie zmienia to faktu, że dostrzegam pozytywne efekty działania laboratoriów drogowych GDDKiA, np. to, że mogą służyć inwestorom samorządowym, w przypadku których z jakością bywa krucho. Ranking wykonawców to jednak tylko półśrodek. Według mnie o jakość wykonania dróg powinniśmy zabiegać czterema – notabene – drogami. Po pierwsze, przez odpowiedzialny wybór wykonawców na podstawie faktycznych (a nie papierowych) prekwalifikacji. Po drugie, przez zrównoważone warunki kontraktowe, w szczególności równomierny podział ryzyka między inwestora i wykonawcę. Trzeci ważny element to umiejętność odróżniania przez zamawiającego ceny niskiej od rażąco niskiej. A po czwarte, należy egzekwować jakość już na etapie budowy.

Projekt rządowego programu budowy dróg w latach 2014–2020 zakłada wydanie na ten cel 93 md zł. Pierwsze prace na większą skalę zaczną się zapewne po wakacjach 2015 r. Kumulacji zleceń spodziewam się w latach 2016–2017. Znowu pojawi się ryzyko wzrostu cen materiałów, kosztów pracy itd. Plusem jest to, że w ramach nowej perspektywy UE obserwuję mniej ryzykownych zachowań wykonawców na etapie składania ofert.