Tomasz Żółciak: Zajmuje się pan wyszukiwaniem miast, które chcą inwestować w technologie usprawniające komunikację lub zmniejszające zanieczyszczanie środowiska.

Sascha Haselmayer: Co roku robimy rozeznanie wśród 500 miast z całego świata. W tym roku tych, które chciały uczestniczyć w naszym programie, było ok. tysiąca. Zaprosiliśmy też 12 miast z Polski, ale żadne nie było zainteresowane podjęciem dialogu dotyczącego koncepcji smart city. Choć trzeba przyznać, że kilka dni temu rozmawiałem z władzami Warszawy i wyraziły one zainteresowanie inwestycjami w inteligentne rozwiązania. Ale dużo więcej entuzjazmu przejawiają miasta z Wielkiej Brytanii, USA czy Francji.

Z czego wynika ten brak entuzjazmu?

Pracujemy z wieloma miastami z państw rozwijających się, które są daleko w tyle za Polską, m.in. z samorządami z Meksyku czy Brazylii. Tam wychodzi się z założenia, że jeśli nie jesteśmy w stanie wybudować sieci metra w mniej niż 15 lat, możemy stworzyć inteligentny system autobusowy, który dostarczy mieszkańcom wysokiej jakości usługi. Dla tych miast rozwiązania technologiczne to poniekąd droga na skróty. W skali Europy bardzo ciekawy jest przypadek stolicy Estonii – Tallina, który jako pierwszy wdrożył płatności mobilne za korzystanie z parkingów. Pracujemy z miastami w Indiach, które idą w stronę systemu car-sharing, czyli wspólnego użytkowania samochodów osobowych, czy transportu publicznego na żądanie. W przeciwieństwie do infrastruktury inwestowanie w technologie nie musi wiele kosztować. Gdyby wziąć 1 proc. z tego, co przeznacza się na infrastrukturę, i wydać na technologie miejskie, moglibyśmy już mówić o smart city.

Niektóre miasta – Warszawa, Toruń czy Trójmiasto – inwestują w inteligentne rozwiązania, zwłaszcza w transporcie. Są tablice zmiennej treści, systemy parkingowe wskazujące wolne miejsca, rowery do wypożyczenia... Ale nie wszystkie dają pożądane efekty, np. jeśli chodzi o rozładowanie korków w mieście. Co robimy źle?

Transport to problem systemowy, technologia nie jest w stanie sama go rozwiązać. To wymaga globalnego myślenia i odważnych politycznych decyzji. Przykładowo Sztokholm wdrożył u siebie podatek drogowy, coś na miarę congestion charge (opłata za wjazd do centrum) w Londynie. Wszyscy mieszkańcy byli temu przeciwni. Miasto zdecydowało się jednak wprowadzić projekt pilotażowy, a następnie przeprowadzić referendum, czy warto go rozbudowywać. W głosowaniu mieszkańcy opowiedzieli się za utrzymaniem i rozbudową systemu. W San Francisco system parkingowy ma za zadanie zniechęcić kierowców do używania prywatnych samochodów. Zaprojektowany jest tak, by na każdej ulicy było przynajmniej jedno wolne miejsce. Im mniej dostępnych miejsc, tym wyższa cena za postój. Barcelona, w której mieszkam, powinna szybko rozważyć podobne rozwiązania. Wokół miasta mamy 27 gmin, których mieszkańcy generują 60 proc. ruchu w mieście. Jest to więc polityczna decyzja, by nakazać ludziom płacić za problemy, które sami tworzą.

Które miasta są najinteligentniejsze pod kątem usług świadczonych mieszkańcom?

Sztokholm. Tam niewidomi mają do dyspozycji technologię o nazwie e-Adapt. Małe urządzenie nawigacyjne pomaga im poruszać się po mieście z bardzo dużą dokładnością. Miasto uważa, że wydawanie pieniędzy na ten projekt przynosi korzyści ekonomiczne. Niepełnosprawni są zaktywizowani, ich rodziny poświęcają mniej czasu na opiekowanie się nimi. Rocznie e-Adapt kosztuje 370 tys. euro, a daje ok. 17 mln euro korzyści ekonomicznych. Barcelona angażowała się w różne projekty, jednym z nich jest tzw. Urban Lab, swoisty inkubator dla innowacyjnych przedsiębiorstw dostarczających innowacyjne usługi. Miasto potem ocenia projekty i decyduje o ich wdrożeniu. W ten sposób zaimplementowano sensory, które mierzą natężenie ruchu ulicznego, czujniki wilgotności umieszczone w glebie czy mierzące poziom napełnienia śmietników.

Sascha Haselmayer jest członkiem Ashoki, międzynarodowej organizacji wyszukującej innowatorów społecznych w różnych dziedzinach życia. Zajmuje się wdrażaniem innowacyjnych rozwiązań w miastach, które podnoszą komfort życia mieszkańców