Jedną z rzeczy – oprócz polityki i zarobków – na którą lubimy narzekać, jest stan polskich dróg. I choć rzeczywiście można im zarzucić, że są dziurawe i nierówne, a limity prędkości nieraz sięgają poziomu absurdu, to jednak w przypadku najważniejszych tras krajowych, po których odbywa się niemal 40 proc. całego ruchu pojazdów kołowych, sytuacja z roku na rok jest coraz lepsza.

Potwierdzają to statystyki prowadzone przez Generalną Dyrekcję Dróg Krajowych i Autostrad. W 2007 r. na wszystkich drogach krajowych, ekspresowych i autostradach doszło do 10 536 wypadków, w których zginęło ponad 2 tys. osób, a niemal 15 tys. zostało rannych. W 2011 r. liczba wypadków spadła już do 7991. Podobnie liczba zabitych (1,5 tys.) i rannych (10,7 tys.).

Ten rok również może podtrzymać trend spadkowy. – Porównując obecne półrocze z półroczem 2011 r., otrzymujemy mniejszą o blisko 15 proc. liczbę wypadków, o ponad 13 proc. – liczbę osób, które doznały obrażeń, i o ponad 17 proc. zmniejszyła się liczba osób, które poniosły śmierć – wylicza Urszula Nelken z Generalnej Dyrekcji.

Eksperci nie mają wątpliwości, że to głównie zasługa wzmożonych inwestycji drogowych. Tam, gdzie droga została wyremontowana lub przebudowana, liczba ofiar śmiertelnych zmniejszyła się o ok. jedną trzecią, a liczba wypadków i rannych o ponad jedną czwartą. W czasie prac na remontowanych odcinkach są duże utrudnienia w ruchu i obowiązują ograniczenia prędkości, które także zmniejszą prawdopodobieństwo tragicznych wydarzeń.

Spośród dróg pod nadzorem GDDKiA największy wpływ na statystki mają zdarzenia na zwykły drogach (poza autostradami i trasami ekspresowymi). Przykładowo na „dwójce” doszło do 142 wypadków w 2011 r. (36 zabitych, 179 rannych), podczas gdy dwa lata wcześniej wypadków było 239 (52 zabitych, 320 rannych). Z kolei na drodze nr 1, będącej przedłużeniem autostrady A1 na południe, odnotowano 255 wypadków w zeszłym roku, a w 2009 r. – 354.

W przypadku istniejących odcinków autostrad w okresie 2009 – 2011 liczba wypadków minimalnie spadła na A4 i A2. Coraz niebezpieczniej jest jednak na A1, gdzie w zeszłym roku doszło do 26 zdarzeń (dwóch zabitych, 38 rannych), podczas gdy w 2009 r. było ich zaledwie 9 (jeden zabity, 12 rannych). Na drogach ekspresowych dochodzi rocznie od kilku do co najwyżej kilkudziesięciu wypadków. Przykładowo na trasie S8 liczba kraks – choć większa niż w 2009 r. – w ubiegłym roku spadła o jedną trzecią w stosunku do 2010 r.

Dla ekspertów względnie największe spadki na drogach krajowych oznaczają jedno: – Widać, że polscy kierowcy przenoszą się z dróg niższej kategorii na ekspresówki i autostrady – tłumaczy Eryk Kłossowski, ekspert ds. transportu.

Widać to również w innych statystykach – w okresie 2005 – 2010 natężenie ruchu na drogach krajowych wzrosło z 7 tys. pojazdów na dobę do niemal 10 tys., czyli o ponad 41 proc.

Bezpieczeństwo to niejedyny argument, by budować więcej dróg. Nowe lub wyremontowane odcinki to także realne oszczędności. Przyjmując jednostkowe koszty zdarzenia drogowego opracowane przez Inicjatywę Jaspers (do której ze strony UE należą m.in. Komisja Europejska i Europejski Bank Inwestycyjny), tylko w okresie 2009 – 2011 polska gospodarka zaoszczędziła 1,1 mld zł. 521,7 mln zł z tytułu ograniczenia liczby zabitych, 572,4 mln zł z powodu zmniejszenia liczby osób rannych i 26,7 mln zł w wyniku mniejszej liczby zdarzeń drogowych.

Ale choć na trasach krajowych jest coraz lepiej, to gdy uwzględnimy wszystkie drogi publiczne w kraju, już nie musi tak być. Liczba wypadków w 2011 r. na drogach krajowych, autostradach i ekspresówkach to niecałe 8 tys., natomiast na wszystkich drogach publicznych było ich 40 tys., czyli o 3 proc. więcej niż w 2010 r. (ale 9 proc. mniej niż w 2009 r.). Podobnie jest ze śmiertelnymi ofiarami kraks, w zeszłym roku zginęło 4200 osób, było to o 7 proc. więcej niż rok wcześniej, ale jednocześnie 8 proc. mniej niż w 2009 r. Poprawienia sytuacji na drogach lokalnych domagają się samorządowcy.

Choć Polska w dalszym ciągu znajduje się w czołówce państw UE o największej liczbie ofiar drogowych, to od 2007 r. zaczęliśmy gonić inne państwa. Trzeba mieć tylko nadzieję, że w dalszym ciągu kierowcy będą mieli gdzie uciekać ze zdezelowanych dróg lokalnych. Wszystko zależy od sprawnie przeprowadzanych inwestycji drogowych, a z tymi idzie jak po grudzie.