Sam minister infrastruktury tryumfalnie w mediach ogłosił, że pracownik już został zwolniony. Wcześniej przez kilka dni szefostwo spółki Kapsch odpowiadającej za obsługę kierowców na jazdach deklarowało, że wszystko było w porządku i że wystarczyło tylko nacisnąć guzik, by droga była wolna.

Musiało się jednak okazać, że ktoś musi za to odpowiedzieć. Szkoda, że nie był to automatyczny punkt wjazdowy, bo robota trudno byłoby zwolnić. Chociaż niewykluczone, że pracę straciłby elektryk, który go montował i serwisował. Firma zadziałała zgodnie z zasadą „kowal ukradł, a cygana powiesili”.

Jeśli ktoś musiał stracić pracę, to na pewno nie szeregowy pracownik siedzący w ciasnej budce, którego zadaniem jest nie przepuszczać nikogo bez pobrania opłaty. Nikt nie powiedział mu, jak ma się zachować, gdy podjedzie karetka, straż pożarna czy inna służba. Ktoś taką procedurę musi opracować i przeszkolić pracowników do jej stosowania. Nie ma więc co robić pokazówki i zwalniać człowieka. Ale mleko się rozlało i komunikat dla pracowników autostradowych punktów już poszedł. Teraz, gdy na horyzoncie pojawi się pojazd na kogutach, z pewnością będzie miał do wyboru przejazd przez kilka bramek z podniesionym szlabanem.

A tak swoją drogą, szkoda, że nie wiemy, jak pracodawca uzasadnił wypowiedzenie czy rozwiązanie umowy. Jest duża szansa, że pracownik wygrałby w sądzie przywrócenie do pracy. Pod warunkiem że nadal będzie chciał pracować w firmie, która pod naciskiem mediów i urzędników tak łatwo pozbywa się ludzi. Firma powinna jednak spróbować odzyskać krzywdzonego pracownika, by oprócz procedur poprawić reputację.