Jesienią zeszłego roku wieszczono załamanie rynku motoryzacyjnego w wyniku końca kratki, która w magiczny sposób zmieniała sportowe limuzyny w dostawczaki. Wiosna i lato upłynęły w rytmie oczekiwania na globalny kryzys finansowy, który miał spowodować kataklizm i wygnać resztki zagubionych klientów z salonów dilerów. Pomimo zdawałoby się bardzo solidnej argumentacji rynek zrobił nam psikusa.

Czytelnicy raportów dotyczących motoryzacji– zwłaszcza rządzącego niepodzielnie na rynku Samaru – śledzą z przerażeniem słupki pokazujące spadek liczby sprzedanych aut, czekając na wstrząs. Jednak życie nie poddało się prostym diagnozom.

Stwierdzenie, że na rynku motoryzacyjnym – zwłaszcza pojazdów nowych – wszystko jest w jak najlepszym porządku, nie jest oczywiście prawdziwe. Jednak osoby znające się na rzeczy muszą przyznać, że wiele czynników nie potwierdza tezy o kryzysie. Oto kilka dowodów.

Rynek aut firmowych (nowych), który po wycofaniu kratki miał przypominać zbombardowaną w 1944 r. Warszawę, funkcjonuje całkiem dobrze. Bez względu na kratki i inne triki cykl życia samochodów firmowych jest nieubłagany. Pędzące po drogach, z zaskakującymi nawet samych producentów prędkościami, focusy i astry przedstawicieli handlowych muszą być co 2 – 3 lata wymieniane.

Sprzedający bmw, mercedesy i audi już podliczają premie za wręcz rekordowe wyniki sprzedaży w 2011 r.

W przypadku kilku marek mamy do czynienia z kryzysem, którego smak poznaliśmy w latach gospodarki niedoborów. Próżno szukać w salonie reklamowanego z rozmachem hyundaia ix35 czy elantry, kia sportage wymaga oczekiwania przekraczającego 3 – 4 miesiące, a na wcale nietanie produkty VW – golfa czy jettę – terminy realizacji zamówień przekraczają 10 tygodni.

Firmy handlujące oponami zamawiały u producentów zapasy na zimę już w marcu. Pomimo kryzysu ich zamówienia zostały zredukowane przez fabryki średnio o 30 – 40 proc.

Można postawić nieco przewrotne pytanie: „gdzie ten kryzys?”. Auta w Polsce są w kiepskim stanie technicznym. Ceny na rynku wtórnym wyznacza importowany złom. Aby tylko ograniczyć proces statystycznego starzenia się samochodów, powinniśmy sprzedawać rocznie ok. 450 – 500 tys. nowych pojazdów.

Gdyby importerzy nie ulegli histerii i dokonali większych rezerwacji, bez problemu sprzedaliby kilka, a może nawet kilkanaście tysięcy aut więcej. Paradoksalnie, oczekujący na tradycyjne wyprzedaże rocznika mogą w tym roku być mocno rozczarowani – większość marek ich nie zorganizuje, bo nie mają samochodów.

Coraz częściej klienci dzwonią do Autosalonu24.pl nie z pytaniem o wielkość rabatu, który możemy zaoferować, ale o to, czy znajdziemy dane auto lub pasujące do niego opony zimowe w terminie nieprzekraczającym 1 – 2 miesięcy....