Nikt nie poniesie odpowiedzialności za brak rozporządzenia o badaniach diagnostycznych pojazdów policji i wojska. Dodatkowo kosztowało to budżet minimum kilkaset tysięcy złotych.

Taką decyzję podjął minister spraw wewnętrznych i administracji Jerzy Miller. W wyniku zaniedbania przez niemal trzy miesiące m.in. pojazdy policji i wojska płaciły za badania na komercyjnych stacjach.

Na początku maja przestało obowiązywać rozporządzenie określające warunki badań technicznych pojazdów armii, policji, straży pożarnej. Aby państwowe stacje mogły dalej prowadzić badania, powinno powstać nowe podpisane przez ministrów spraw wewnętrznych i obrony narodowej.

– Minister Miller przyjął wyjaśnienia, że był to efekt przedłużających się uzgodnień międzyresortowych. Dlatego nie będzie postępowania w tej sprawie – mówi rzecznik prasowy resortu spraw wewnętrznych Małgorzata Woźniak.


Jednak obaj ministrowie o konieczności napisania nowego rozporządzenia musieli wiedzieć co najmniej od 18 miesięcy - taki obowiązek wynikał ze zmienionych przepisów ustawy - Prawo o ruchu drogowym. Dodatkowo z biuletynu informacji publicznej wynika, że w obydwu ministerstwach prace nad nowym rozporządzeniem rozpoczęły się dopiero w czerwcu.

Ostatecznie nowe przepisy zostały przyjęte 11 lipca, a weszły w życie tydzień później. - Czyli od 1 maja do 18 lipca auta policji, armii i wszystkich pozostałych służb nabijały kasę komercyjnym stacjom diagnostycznym. W tym czasie nasi diagności przychodzili do pracy pić kawę - przyznaje w rozmowie z "DGP" urzędnik resortu spraw wewnętrznych.

Według naszych nieoficjalnych informacji w samej policji to zaniedbanie kosztowało około 200 tys. zł. Tylko nieco mniejsze kwoty musiały wyasygnować armia, straż pożarna i stacje pogotowia.