Polskie firmy wynajmujące i leasingujące samochody dopiero teraz dotkliwie odczuwają skutki marcowego trzęsienia ziemi i tsunami w Japonii. U sprzedawców brakuje samochodów i tzw. klienci flotowi, którzy dawniej byli traktowani priorytetowo, teraz stoją w kolejce jak inni chętni do kupna aut.

Japoński syndrom

Jak mówią eksperci, europejskie koncerny motoryzacyjne poległy przez zaburzenie łańcucha dostaw komponentów od japońskich producentów. Braki drobnych elementów elektronicznych czy składników dodawanych do lakieru to przyczyna opóźnień w wielu fabrykach.

Efekt jest taki, że na nowy samochód trzeba czekać standardowo 20 tygodni, a i te terminy bywają korygowane, oczywiście w górę. Z sondy przeprowadzonej wśród firm leasingowych wynika, że największe problemy mają Peugeot, Skoda i Renault. Na auta tych marek czeka się jeszcze dłużej. Co ciekawe, na szczycie listy narzekań nie ma Toyoty.

Marta Bielecka-Gozdek, ekspert Polskiego Związku Wynajmu i Leasingu Pojazdów oraz dyrektor sprzedaży MSP w ING Car Lease, mówi, że jeszcze rok temu czas realizacji zamówienia wynosił maksymalnie 8 – 12 tygodni. Co ciekawe, sprzedawcy nie mają na placach magazynowych nawet aut w standardowych konfiguracjach.

Jak mówi przedstawicielka PZWiLP, problem dotyczy szczególnie samochodów z segmentu D. A to wśród firmowych odbiorców najbardziej chodliwy towar. O skody octavie, fordy mondeo, toyoty avensis czy ople insignia niemal się zabijają.


Andrzej Halarewicz, szef polskiego oddziału JATO Dynamics, który monitoruje światowy rynek motoryzacyjny, uważa, że kłopoty z dostępnością niektórych modeli w dużym stopniu zaważyły na słabym wyniku sprzedaży aut w Polsce w pierwszym półroczu. Jak podał niedawno Polski Związek Przemysłu Motoryzacyjnego, w pierwszych sześciu miesiącach 2011 r. zarejestrowano w naszym kraju 138,7 tys. nowych samochodów osobowych – o 5,6 proc. mniej niż w tym samym okresie 2010 r.

Wszyscy w kolejce

Długo na wiele modeli czekają też indywidualni odbiorcy. Zdarza się oczywiście, że klient znajdzie u dilera auto, które mu odpowiada, i wyjedzie nim z salonu. Jeśli jednak chce dobrać sobie wyposażenie czy kolor, może być zaskoczony datą odbioru. Dilerzy na zrealizowanie zlecenia w takim przypadku dają sobie czas do października, a nawet listopada.

Najtrudniej jest o samochód w sieci Volkswagena. Przykładowo na Golfa trzeba czekać 3 – 4 miesiące, a na Passata nawet dwa miesiące dłużej. Ten problem widać w statystykach. W pierwszym półroczu zarejestrowano w naszym kraju o 15 proc. mniej volkswagenów niż rok temu. Dwucyfrowy spadek sprzedaży zanotowały też Toyota, Fiat, Honda i Mitsubishi.

O szybkim rozwiązaniu problemu nie ma mowy – twierdzą eksperci. Zniecierpliwieni kierowcy mogą – przynajmniej na razie – zapomnieć o indywidualnym imporcie. Jak twierdzi sprzedawca firmy Skycar, jednego z brokerów samochodów sprowadzających na zamówienie nowe auta z zagranicy, przy tym kursie euro nie ma to najmniejszego sensu. Korzystając z usług pośredników, nie ma też co liczyć na załatwienie sprawy od ręki. Niezależnie od tego, w jakim kraju dokonuje się zakupu, dopiero po zapłaceniu auto jest produkowane i dostarczane do salonu. W efekcie na auta zamówione za granicą trzeba czekać tak samo długo jak u nas.