Skutki japońskiego tsunami zaczynają być odczuwalne na polskim rynku. Teoretycznie nową toyotę można kupić od ręki, tzn. wyjechać z salonu po dziesięciu dniach, ale pod warunkiem że klient zdecyduje się na któryś z samochodów stojących w salonach importera. Jeśli jednak kupujący ma szczególne wymagania dotyczące modelu, zaczynają się kłopoty. Największe w przypadku dwóch modeli – Auris i Avensis.

– Wtedy na zrealizowanie zlecenia dajemy sobie czas do sierpnia, września – mówi sprzedawca w warszawskiej firmie dilerskiej Toyota Włochy.

Nie wszędzie problem

Równie złe wiadomości można usłyszeć w salonach Hondy. – Nie ma problemu z Civic, za to nie jesteśmy w stanie określić terminu dostawy modelu Accord – przyznaje sprzedawczyni z salonu Honda Matraszek. Jak twierdzi, do Polski właśnie dociera statek z tymi samochodami, ale to zamówienie jeszcze z lutego. Auta zostaną rozesłane po kraju, ale na jak długo wystarczy, nie wiadomo.

Problemów, przynajmniej na razie, nie ma w Mazdzie, Isuzu, Nissanie i Suzuki, czterech innych japońskich markach dostępnych w naszym kraju.

Przedstawiciele importerów uspokajają. – Nie ma problemu z realizacją już złożonych albo składanych zleceń – zapewnia Robet Mularczyk, rzecznik prasowy Toyota Motor Poland. Jednak unika deklaracji co do przyszłości, tłumacząc, że decyzje zapadną w ciągu 3 – 4 tygodni.

Wtedy też będzie wiadomo, w jakim czasie uda się firmie zrekompensować powstałą wyrwę po zatrzymaniu zakładów w Wielkiej Brytanii, Francji i Turcji zaplanowanym przez koncern od 21 kwietnia do 2 maja. To z tych fabryk wyjeżdżają popularne u nas modele: Avensis i Auris. Nie mogą normalnie pracować z powodu braku części, które są produkowane w sparaliżowanej trzęsieniem ziemi i tsunami Japonii.

Mniej ważny rynek

A do nadrobienia będzie sporo. Nieoficjalnie mówi się, że przez zatrzymanie maszyn koncern wyprodukuje o 50 tys. samochodów mniej, niż pierwotnie planował.

Dla Polski to bardzo zła wiadomość – uważają eksperci. Przypominają, że nasz rynek przez żaden z liczących się koncernów nie jest traktowany priorytetowo. Dlatego polscy importerzy muszą czekać na dostawy dłużej. W pierwszej kolejności obsługiwane są Niemcy czy Francja, a ostatnio Chiny.


Dużo na ten temat wiedzą sprzedawcy volkswagenów. – Na Golfa trzeba czekać 3 – 4 miesiące, choć w przypadku wersji kombi ten czas ulega wydłużeniu nawet do pół roku, na Passata czeka się od 5 do 6 miesięcy – przyznaje sprzedawca w Auto Viva.

Problemy z obsłużeniem popytu w naszym kraju mają też dilerzy koreańscy. W Kii na sztandarowy model Cee’d czekać trzeba 3 miesiące, mimo że produkowany jest na Słowacji. W tym przypadku, podobnie jak w Volkswagenie, Polacy cierpią przez duży popyt na innych, bardziej rozwiniętych rynkach.

Z podobną sytuacją mieliśmy do czynienia przed dwoma laty, gdy europejskie rządy wypłacały kierowcom premie ekologiczne przy zakupie samochodów. Wtedy auta były sprzedawane przez polskich dilerów z większym zyskiem do Niemiec, a nawet na Słowację. Braki na rynku najbardziej popularnych samochodów wykorzystali wtedy mniej znani sprzedawcy. Do pierwszej dziesiątki przebojem wdarły się np. koreańskie marki Kia i Huyndai. Nie inaczej jest teraz. W rankingu mocno w górę pną się Renault, Peugeot i Citroen.

Zaliczka na auto

Długie oczekiwanie na samochód to także zamrożenie gotówki u dilera w formie zaliczki. W przypadku najpopularniejszych modeli samochodów kwota przedpłaty sięga obecnie 2 – 3 tys. zł. Ale już przy droższych autach wzrasta nawet do 10 proc. ich wartości. A to oznacza, że u dilera trzeba zostawić nierzadko nawet 10 tys. zł.

Zaliczka ma zabezpieczyć dilera przed ewentualnym wycofaniem się klienta z transakcji, a gdy już do tego dojdzie, przynajmniej częściowo zrekompensować poniesione przez niego straty. Samochód nierzadko w bardzo wymyślnej konfiguracji trudno jest potem sprzedać. Tymczasem diler musi za niego zapłacić importerowi, a jeżeli posiłkuje się kredytem, to do czasu znalezienia kupca musi regulować odsetki.