Auto bynajmniej go nie rozczarowało, ale gdy udał się do duńskiego urzędu komunikacyjnego, gdzie chciał je zarejestrować, dowiedział się, że musi odprowadzić od niego podatek – 180 proc. jego wartości.

Dealer Audi najpierw rozluźnił Polaka kieliszkiem alborg taffel (lokalna wódka aromatyzowana kminkiem). Później opowiedział mu krótką historię najsłynniejszego duńskiego przysłowia: „Kup samochód, płać za trzy”. A na koniec wyjaśnił, w którym miejscu tamtejszego prawa podatkowego znajduje się dziura pozwalająca uniknąć płacenia gigantycznej taksy. Wystarczy, że TT zostanie przerobione na... pikap oraz zarejestrowane na firmę.

Choć cała historia brzmi jak żart, żartem wcale nie jest. W Danii zwolnione z kolosalnych podatków (najwyższych na świecie) są wyłącznie samochody zarejestrowane na firmy. Pod warunkiem jednak, że – w myśl przepisów – są one ciężarówkami. Duńczycy kombinują więc, jak mogą – z luksusowych mercedesów wymontowują tylne kanapy, ze sportowych coupe robią pikapy, a do SUV-ów wstawiają stałe przegrody pomiędzy częścią pasażerską a bagażową. W kraju Hamleta setki firm specjalizują się w przerabianiu na dostawczaki niemal wszystkiego, co ma cztery koła.

Jednak zrobienie z osobówki ciężarówki nie oznacza wcale, że duński przedsiębiorca ominął wysokie podatki. Przeciwnie – w tym momencie dopiero zaczyna jazdę slalomem pomiędzy przepisami prawa. Te mówią bowiem, że samochód firmowy może być używany wyłącznie w celach służbowych. A więc do pracy bądź na spotkanie z kontrahentem Jensen (najpopularniejsze duńskie nazwisko) możne nim pojechać, ale już na zakupy do supermarketu absolutnie nie. Oczywiście tylko w praktyce, bo w rzeczywistości nic nie jest w stanie odstraszyć go od tego, aby jeździć firmowym autem na okrągło.

W całej Danii znany jest przypadek zamożnego mieszkańca Kopenhagi, w którego służbowym range roverze policja znalazła zestaw kijów do gry w golfa. Kierowcę dodatkowo pogrążył fakt, że w momencie zatrzymania ubrany był w strój sugerujący, że za chwilę rozegra mecz. Zresztą samo zatrzymanie miało miejsce na parkingu pola golfowego. Duńska skarbówka zażądała od obywatela zapłaty podatku. I to nie tylko za range rovera, lecz także kilku innych aut zarejestrowanych na jego firmę. Musiała jednak obejść się smakiem, ponieważ biznesmen – posiłkując się armią prawników – oświadczył, że na polu golfowym przebywał w celach służbowych. Zamierzał je kupić.