To wystarczy, by do 100 km/h wyrwać w 8,5 sekundy. Jednak frajda z dzikiego pędu kończy się bardzo szybko - prędkość maksymalną ograniczono do 152 km/h, co na auto elektryczne jest i tak niezłym wynikiem. Do powietrza nie ulatuje nawet obłoczek spalin - nic, zero.

Litowo-jonowe baterie mają 35 kilowatogodzin maksymalnej pojemności, a do motoru dostarczają prąd pod napięciem 380 volt. Z danych producenta wynika, że na przejechanie kilometra mini E potrzebuje 0,12 kWh. Pełne akumulatory wystarczają, by pokonać 240 km.

Ładowanie "pod korek" trwa 8 godzin. Diodowy wskaźnik podpowie kierowcy poziom naładowania baterii. Konstruktorzy dla przyspieszenia uzupełnienia akumulatorów wymyślili specjalne urządzenie zwiększające napięcie - dzięki niemu ładowanie skraca się do 2,5 godziny. Dodatkowo auto wyposażono w system odzyskujący energię podczas hamowania.

Samochodzik zabiera dwie osoby - tylną kanapę zastąpiły właśnie baterie, które na dodatek mocno dociążyły auto. Cały mini E waży niemal 1,5 tony… Dla porównania piekielnie ostry John Cooper Works (turbobenzynowy silnik 1.6/211 KM) waży 1200 kg.

Jednak mini E to nie popis możliwości, który jako prototyp skończy w muzeum. 500 takich cacek będzie testowanych w trzech stanach USA - Kalifornii, New Jersey i Nowym Jorku. Potem wrócą do speców z BMW, którzy każdy egzemplarz rozłożą na najmniejsze śrubki, a potem przebadają… Dzięki temu chcą poznać wszystkie plusy i minusy ekologicznej odmiany mini.

Mini E zadebiutuje na listopadowym salonie samochodowym w Los Angeles.