Producenci celowo podwyższają koszty napraw samochodów - czytamy w najnowszym numerze tygodnika "Auto Świat". Jak przyciągnąć kierowcę do drogich jak diabli autoryzowanych serwisów? Wystarczy zrobić auto tak, że nikt poza ASO go nie naprawi. Oto sześć sposobów na wyciągnięcie naszych pieniędzy za pomocą firmowych warsztatów...

>>>Toyota wzywa 1,8 mln aut do poprawki

Sposób nr 1: łączenie w całość

Zamiast sprzedawać malutką cześć, która łatwo się psuje, producenci zaczęli łączyć wiele elementów w jeden. Przykład - moduł łączący komputer silnika, przepływomierz i kawałek układu dolotowego w Mercedesie klasy A kosztuje 5 tys. zł. Jeśli elektronika umieszczona (celowo?) na drgającym, gorącym silniczku odmówi posłuszeństwa (o co nietrudno) wówczas w autoryzowanym serwisie wymiana całego podzespołu może kosztować nawet kilka tysięcy złotych. Ratunkiem z sytuacji jest fachowiec "złota rączka", który wydłubie uszkodzony element i wstawi podobny - taka operacja może kosztować 1500 zł. Kierowca zaoszczędza 3,5 tys. zł.

>>>Zobacz, które auta używane się nie psują

Sposób nr 2: niech się zgniecie!

Co raz częściej jest tak, że delikatne i drogie części są umieszczone w miejscach, w których mechaniczne zniszczenie mamy jak w banku. Wnęka pod przednim zderzakiem albo przestrzeń między przednim błotnikiem a nadkolem nie jest najlepszym miejscem do zamontowania komputera sterującego silnikiem lub elektrycznej pompy wspomagania kierownicy. W przypadku nawet drobnej stłuczki na straty pójdzie tyle części, że koszt naprawy przewyższy wartość auta.

Czytaj dalej o sposobach na producentów na wyciągnięcie naszych pieniędzy>>>


Sposób nr 3: nietypowe śruby

Jakie techniczny sens ma stosowanie śrub z nietypowym łbem, do których nie pasuje ani jeden z kluczy dostępnych w sklepie? Żaden! Ma to sens ekonomiczny. Kierowca nie naprawi auta sam, choćby wiedział, jak to się robi. Nieautoryzowany warsztat także polegnie, chyba że kupi specjalny klucz w ASO producenta zepsutego samochodu, a taki klucz kosztuje kosmiczne pieniądze…

Sposób nr 4: brak dostępu

Są takie auta, w których nie przewidziano dostępu do osprzętu silnika z zewnątrz - np. Mercedes klasy A. Aby wymienić alternator, rozrusznik czy np. pompę wody silnik należy odkręcić od nadwozia i zależnie od tego co się zepsuło - albo unieść, albo ująć z samochodu. Naprawy, które w starszych autach tej marki zajmują chwilę i kosztują kilkadziesiąt zł, w przypadku klasy A blokują stanowisko w serwisie na cały dzień i pochłaniają kosmiczne pieniądze. Tylko robocizna może kosztować 1000 zł.

Sposób nr 5: elektronika i komplikacje

Producenci faszerują auta wyrafinowaną lecz niestety nietrwałą technologią. Silniki Diesla dawniej niemal niezniszczalne, dziś po kilkudziesięciu tys. km "padają" dwumasowe koła zamachowe, które są traktowane przez producentów jako elementy eksploatacyjne (coś w rodzaju klocków hamulcowych) choć nimi nie są. Naprawa rozlatującego się sprzęgła kosztuje nawet kilka tys. zł. A to ledwie wierzchołek góry lodowej…

Czytaj dalej o sposobach na producentów na wyciągnięcie naszych pieniędzy>>>


Sposób nr 6: rozmnażanie wersji

Podobne części różnią się czasem tylko wtykiem zasilania lub symbolem, mimo że wyglądają identycznie. Podłączasz i nie działa! Tylko autoryzowany serwis wie, jakiej części potrzebujesz. Rzeczy, które nie występują jako zamienniki, bywają ekstremalnie drogie, np. za niewielki przekaźnik tylnej wycieraczki do toyoty corolli kombi zapłacisz nawet 800 zł.

Zdaniem eksperta...

"Z naprawianiem aut, na które właśnie skończyła się gwarancja, nie jest jeszcze tragicznie, ale tylko dlatego, że w Polsce mamy wiele dobrych niezrzeszonych warsztatów, w których pracują mądrzy i doświadczeni mechanicy. Jest więc gdzie uciekać z ASO, w których drogie rzeczy wymienia się zamiast naprawiać, a ceny są brane z sufitu. Ale i tak radzę: unikajcie rzadkich wersji aut jak ognia, chyba że macie nadmiar pieniędzy" - skomentował Maciej Brzeziński z tygodnika "Auto Świat".

Więcej znajdziesz w najnowszym numerze "Auto Świata"

p