Według ustawy o ruchu drogowym "rower to pojazd (...) poruszany siłą mięśni osoby jadącej tym pojazdem; rower może być wyposażony w uruchamiany naciskiem na pedały pomocniczy napęd elektryczny zasilany prądem (...), którego moc wyjściowa zmniejsza się stopniowo i spada do zera po przekroczeniu prędkości 25 km/h".

Ustawa o ruchu drogowym zawiera także zapis: "kierujący rowerem jednośladowym jest obowiązany korzystać z drogi dla rowerów lub z drogi dla rowerów i pieszych. Kierujący rowerem, korzystając z drogi dla rowerów i pieszych, jest obowiązany zachować szczególną ostrożność i ustępować miejsca pieszym", natomiast "w razie braku drogi dla rowerów lub drogi dla rowerów i pieszych kierujący rowerem jednośladowym jest obowiązany korzystać z pobocza,(...) a jeżeli nie jest to możliwe - z jezdni".

W związku z tym rowerzysta w świetle prawa jest traktowany tak samo jak inni uczestnicy ruchu drogowego, a więc "zobowiązany jest do przestrzegania przepisów prawa, w tym stosowania się do znaków i sygnałów drogowych, a także poleceń i sygnałów dawanych przez osoby uprawnione do kierowania ruchem lub do kontroli ruchu drogowego" – wynika z ustawy z 20 czerwca 1997 r. - Prawo o ruchu drogowym (Dz. U. z 2017 r. poz. 1260, z późn. zm.).

Skoro wszystko jest jasno opisane w przepisach, to dlaczego dochodzi do awantur na drogach, a nawet do poważnych wypadków? Jak wynika z danych policyjnych, rowerzyści często nie przestrzegają pierwszeństwa przejazdu (518 wypadków), nieprawidłowo skręcają (118 wypadków) i nie dostosowują prędkości do warunków ruchu (116 wypadków). Pod hasłem "inne przyczyny" widnieje liczba 260 wypadków, spowodowanych przez rowerzystów.

W 2017 roku rowerzyści przyczynili się do 1546 wypadków drogowych, w których zginęło 119 osób, a ucierpiało 1481. Policja podkreśla, że większość wypadków z udziałem rowerzystów wydarzyła się w terenie zabudowanym, ale dużo więcej ofiar śmiertelnych jest poza tym terenem – w 567 wypadkach zginęło tam bowiem 100 osób. Dla porównania: na terenie zabudowanym ofiary śmiertelne były w co 30 wypadku.

Niektórzy rowerzyści uważają, że rozwijana przez nich prędkość upoważnia ich do jazdy po ulicy wraz z samochodami. Tymczasem zgodnie z przepisami mają jasno określoną hierarchię dróg, którymi mogą się poruszać. Są to kolejno: droga dla rowerów, droga dla rowerów i pieszych, pobocze i dopiero na końcu jezdnia - w dodatku tylko wtedy, gdy wcześniej wymienione trasy są niedostępne.

Zachowanie rowerzystów, którzy wybierają ulice, świadczy zatem o tym, że nie znają przepisów ruchu drogowego i nie wiedzą, że niebieski znak drogowy z białym rowerem nakazuje - a nie sugeruje - poruszanie się konkretnie częścią drogi.

Radosław Kobryś z Biura Ruchu Drogowego Komendy Głównej Policji w rozmowie z PAP zwrócił uwagę, że "niektórzy rowerzyści myślą, że znak nakazu jazdy drogą dla rowerów to jest rodzaj podpowiedzi. Otóż nie. znak z grupy nakazów nakazuje rowerzyście jechać tą częścią drogi, a nie ulicą pośród samochodów". "Z kolei w przypadku poruszania się drogą dla rowerów i pieszych rowerzyści zapominają, że piesi mają tam pierwszeństwo i że zgodnie z przepisami należy jechać powoli" - dodał. Jak wyjaśnił, "określenie powoli jest jednym ze stwierdzeń prawnie niedookreślonych, ale - zdaniem komentujących ustawę - jazda powoli, to jazda zbliżona do prędkości pieszego".

Są więc dwie zasady: na drogach dla rowerów i dla pieszych ci drudzy mają pierwszeństwo, a ci pierwsi jadą powoli.

A co z jazdą po chodnikach? Zgodnie z przepisami, jak podkreślił Kobryś, rowerzyści mogą z nich korzystać w określonych sytuacjach: po pierwsze, gdy szerokość chodnika jest nie mniejsza niż 2 metry, a po drugie - gdy prędkość pojazdów na jezdni jest określona jako większa niż 50 km/h. "Kiedy te dwa przypadki się nie sprawdzają, to jeszcze można wziąć pod uwagę niebezpieczne warunki pogodowe - wichurę, śnieżycę, ulewny deszcz" - dodał policjant.

"Innym grzechem rowerzystów jest też ich bezkompromisowe przeświadczenie o pierwszeństwie przejazdu i zupełna wiara w to, że jeśli już jadą drogą dla rowerów, to nie muszą uważać na nic innego" - powiedział Kobryś. Rowerzysta, który porusza się z prędkością 25 km/h, co nie jest trudne do osiągnięcia, pokonuje w sekundę 7 metrów. "Żeby wymagać od kogoś ustąpienia pierwszeństwa, najpierw trzeba dać mu szansę, żeby w ogóle mógł tę osobę zauważyć" - zaznaczył. "Mało kto wie, że wypadków, gdzie rowerzysta wjeżdża w pieszego, można wymieniać setkami, a często są to poważne wypadki, gdzie dochodzi np. do uszkodzenia twarzoczaszki" - podkreślił Kobryś.

"Tu chodzi o świadomość uczestników ruchu drogowego, swoją odpowiedzialność za to, co się robi. Zawsze, nawet jeśli nie będzie przepisu szczegółowego, ale ktoś zachowa się nieostrożnie, to policjant może go ukarać mandatem" - zaznaczył.

Na policję codziennie wpływają zgłoszenia o rowerzystach, którzy łamią przepisy, często dołączane są też filmiki. Problem w tym, że rowery nie mają rejestracji, więc policja najczęściej może interweniować tylko w razie bezpośredniej konfrontacji, gdyż po czasie w zasadzie nie może zidentyfikować rowerzysty. Jak poinformował Kobryś, jeżeli uczestnik ruchu składa zawiadomienie, to policja wierzy, że mówi prawdę. Za fałszywe zawiadomienie, którego konsekwencją jest skierowanie sprawy na drogę sądową, grozi nawet 5 tys. zł grzywny.

Rowerzystów dotyczą też ograniczenia prędkości: w strefie zamieszkania jest to maksymalnie 20 km/h; w obszarze zabudowanym, jeśli znaki nie stanowią inaczej - 50 km/h.

I tu pojawia sprawa rowerzystów aspirujących do uczestnictwa w profesjonalnych wyścigach kolarskich: w profesjonalnych ubraniach i na profesjonalnych rowerach, które mogą osiągać prędkość nawet 80 km/h. Takim użytkownikom jednośladów policjanci radzą, żeby wybierali drogi mało uczęszczane, zwłaszcza takie, na których nie ma nakazu jazdy drogą dla rowerów. Poza tym powinni być ubrani i oznaczeni tak, by można było ich zauważyć odpowiednio wcześniej - w kolorowe ubrania i odblaski. "Wymogi i rozporządzenia to jedno, ale bezpieczeństwo to drugie. Każdy przepis możemy uszczegółowić poprzez zdrowy rozsądek" - podkreślił Kobryś.

Rowerzyści, którzy się nie stosują do znaków i przepisów drogowych, mogą być ukarani 100-złotową grzywną. "Jeżeli jednak policjant stwierdzi, że kara uwzględniona w postępowaniu mandatowym jest za niska, to nie będzie kierował się tym, tylko skieruje sprawę do sądu, a sąd ma mniejsze ograniczenia" - zauważył Kobryś. "To samo dotyczy pieszych, którzy zapominają, czemu służy droga dla rowerów i przechadzają się po niej" - dodał.

Policjant z Biura Ruchu Drogowego KGP zapytany przez PAP o przepisy dotyczące pojazdów elektrycznych, np. elektrycznego roweru, hulajnogi lub deskorolki, zauważył, że "ustawa o ruchu drogowym ma w swoim zakresie około setki definicji. Wśród nich znajduje się definicja pojazd oraz słowa rower. W świetle tych definicji urządzenie, które wygląda jak rower, ale ma elektryczny silnik i przekracza prędkość 25 km/h może zostać uznane przez policjanta za urządzenie niedopuszczone do ruchu. Wtedy grzywna wynosi już ponad 500 złotych i zakaz dalszej jazdy" - wyjaśnił Kobryś. "Można tym jeździć po własnym terenie, gdzie nie ma strefy ruchu" - zaznaczył.

"Póki co rolkarze, użytkownicy segwayów, deskorolek z mocy ustawy traktowani są jak piesi i nie ma tu innej możliwości prawnej - każdy z nich musi stosować się do przepisów, zachowywać zasady bezpieczeństwa i być ostrożnym" - powiedział Kobryś. "Inżynierowie wyprzedzają legislatorów, ale to kwestia odpowiedzialności tych, którzy używają tych niedookreślonych urządzeń" - podkreślił policjant.