Centrum Obsługi Administracji Rządowej zajmujące się zakupami dla urzędów ogłosiło zamówienie na "dostawę samochodów osobowych i ciężarowych dla jednostek administracji państwowej". Wartość zakupów oszacowano na 23 mln zł bez podatku VAT (po jego doliczeniu będzie niemal 30 mln zł).

Rzecznik rządu Rafał Bochenek pytany o sprawę stwierdził: Przetarg jest organizowany po to, by ciąć koszty tak naprawdę i ma służyć przede wszystkim oszczędnościom. Od początku mówiliśmy, krytykując naszych poprzedników, że marnowali oni publiczne pieniądze. My organizując centralny przetarg, który ma służyć nabyciu pojazdów technicznych, bardzo często dla służb inspekcji państwowych, chcemy ograniczyć koszty. Szacujemy, że oszczędności z tego tytułu w związku z nabyciem tych samochodów technicznych, mogą sięgać nawet 30 proc. Myślę więc, że to jest dość konkretna kwota dla budżetu państwa.

Poseł Platformy Obywatelskiej Krzysztof Brejza jest zupełnie innego zdania.

- To bzdura. Wymiana floty PiS-owskich vipów musi nadążać za rozbijaniem kolejnych limuzyn. Zarabiają salony luksusowych aut, zarabiają blacharze, płacimy wszyscy za to Bizancjum - powiedział dziennik.pl Brejza. - Największy rząd w historii Polski - 120 ministrów i wiceministrów - wymaga ogromnej floty limuzyn stąd tak bogate zakupy - skwitował polityk opozycji.

Co kupują ministerstwa i inni?

Z analizy dokumentacji związanej z nowym przetargiem wynika, że zapotrzebowanie obejmuje 258 pojazdów. Największą część tego zamówienia - 60 sztuk - stanowią auta klasy kompakt (opel astra, volkswagen golf czy skoda octavia).

Na potrzeby rządzących zaplanowano też zakup ok. 40 sztuk modeli klasy średniej (sedan lub liftback) - czyli może to być skoda superb, volkswagen passat i inne z tej kategorii, ale z silnikami o mocy minimum 184 KM i napędem 4x4. Poza tym na liście są też auta klasy B (wielkości skody fabii) busy, dostawczaki, SUV-y, pikapy i ciężarówki.

Marzą o autach elektrycznych?

Zamawiający wymaga, aby każdy z dostarczanych samochodów zapewniał przejechanie na jednym tankowaniu (ładowaniu) minimum 500 km. A to oznacza, że brane są też pod uwagę samochody elektryczne.

Problem w tym, że na auta masowe o takim zasięgu trzeba jeszcze poczekać - opel ampra-e jeszcze nie pojawił się na polskim rynku. Volkswagen w 2020 wypuści na rynek samochód zdolny pokonać taki dystans na jednym ładowaniu (CZYTAJ WIĘCEJ>>).

Wyświetlacz na szybie i klimatyzowane fotele

Jakich bajerów wymagają urzędnicy? Lista obejmuje m.in. automatyczny system parkowania, klimatyzację trójstrefową lub czterostrefową, tempomat adaptacyjny, kamerę ułatwiającą cofanie, ogrzewanie postojowe ze zdalnym sterowaniem, podgrzewane fotele oraz zewnętrzne miejsca na tylnej kanapie, system regulacji zawieszenia, skórzaną tapicerkę, automatyczne skrzynie, wyświetlacz danych na szybie Head-Up Display, klimatyzowane fotele przednie i tylne, system wspomagający ruszanie pod górę czy wyciągarkę samochodową.

Na liście życzeń jest też siedmioosobowy SUV z modemem LTE z/i ruterem Wi-Fi - dla zapewnienia szybkiej transmisji danych i dostępu do internetu dla wszystkich urządzeń znajdujących się w odległości 100-150 m od samochodu (laptopy, tablety, smartfony, itp.). Takie wymagania może spełnić np. audi Q7.

W aucie powinna też być instalacja elektryczna przystosowana do podłączenia dodatkowych odbiorników prądu przykładowo radiotelefonu samochodowego.

Osiem ministerstw potrzebuje nowych aut

Gdzie trafią nowe samochody? W kolejce stoją ministerstwo edukacji, finansów, infrastruktury i budownictwa, kultury, sportu i turystyki, spraw wewnętrznych i administracji, sprawiedliwości, zdrowia, Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad oraz jednostki administracji państwowej w tym np. Biuro do Spraw Substancji Chemicznych z Łodzi. Łącznie 33 instytucje.