Skoda szykuje się do ofensywy elektrycznej. Już pod koniec kwietnia czeska marka odsłoni "przełomowy projekt" - prototyp z napędem na prąd z akumulatorów. Producent na dowód ujawnił wizualizację modelu o nazwie skoda visionE. Nowe auto będzie crossoverem - czyli trafi w segment obecnie najlepiej sprzedających się samochodów z większym prześwitem.

Wiadomo, że samochód w wersji seryjnej na rynku europejskim i w Chinach pojawi się w 2020 roku. Nazwa? Może sprawdzona czyli Yeti, lub nowa - Karroq. Poza armią crossoverów Skoda zapowiada również ekspansję innych modeli z napędem elektrycznym - te samochody mają pojawić się po 2020 roku.

Elektryczna rewolucja w Skodzie jest możliwa w dużej mierze dzięki technologii Volkswagena, którego z "dieslowskich" tarapatów mają wyciągnąć auta na baterie.

- Chcemy sprawić, by samochody elektryczne stały się nowym znakiem firmowym Volkswagena i od 2025 roku zamierzamy sprzedawać ich milion rocznie. Nowy e-Golf ma już o połowę większy zasięg. Od 2020 roku będziemy wprowadzać na rynek zupełnie nową generację samochodów elektrycznych działających w połączeniu z siecią - modele z rodziny I.D. Auta te staną się dostępne dla milionów klientów, nie tylko dla milionerów - powiedział Herbert Diess z Volkswagena.

Pokazane do tej pory dwa elektryczne VW przyszłości (foto) charakteryzuje zasięg, który wynosi maksymalnie 600 km. Energia zasilająca akumulatory (wkomponowane w podłodze między osiami) jest dostarczana indukcyjnie albo z gniazdka. Ładowanie prądem o mocy 150 kW do poziomu 80 proc. pojemności akumulatorów trwa około 30 minut. Wielce prawdopodobne jest więc, że i nowe Skody niebawem będą oferować podobne możliwości.

A jak wspólne plany Czechów i Niemców mają się do wizji polskiego rządu i jego planu rozwoju elektromobilności?

Przypominamy, że w pierwszej fazie (do 2018 r.) rząd będzie przekonywać Polaków do swojej idei - wdrożone mają być programy pilotażowe. Następnie w latach 2019-2020 w wybranych aglomeracjach i wzdłuż sieci TEN-T (Transeuropejskiej Sieci Transportowej) nad Wisłą ma powstać infrastruktura do ładowania pojazdów elektrycznych. Rząd uważa, że w 32 wybranych miastach ma już być wtedy 50 tys. pojazdów na prąd i 6 tys. punktów o normalnej mocy ładowania i 400 punktów o dużej mocy ładowania. Wreszcie w trzeciej fazie (lata 2020-2025) rząd prognozuje, że większa popularność aut na prąd będzie stymulować zapotrzebowanie na tego rodzaju samochody. W ocenie ministerstwa polska sieć energetyczna będzie już wtedy przygotowana na dostarczenie energii dla ok. miliona elektrycznych pojazdów.

Tyle przemyśliwania, a jak z realizacją? Na początek powstała nowa spółka ElectroMobility, którą tworzą PGE Polska Grupa Energetyczna, Energa, Enea oraz Tauron Polska Energia. Konsorcjum ma dysponować kapitałem zakładowym w wysokości 10 mln zł. Niedawno ogłoszono konkurs na pierwszy polski samochód elektryczny.

W szranki planuje stanąć m.in. Fabryka Samochodów Elektrycznych (FSE), która powstaje w Bielsku-Białej. Jej twórcą jest niemiecki biznesmen Thomas Hajek. A przedstawione przez niego "pierwsze polskie auto elektryczne" to FSE 01, czyli nic innego jak fiat 500 (jeszcze sprzed liftingu). Jak mówił dyrektor generalny Hajek pojazd ma "prawdziwe polskie elektryczne serce" - silnik produkowany w Sosnowcu.

I pomyśleć, że kiedyś Volkswagen interesował się warszawską FSO. Gdyby wszystko poszło dobrze, dziś można byłoby pisać o produkcji pełnowartościowych "elektryków" w zakładach na Żeraniu...