- To wydarzyło się w okolicy hali Gwardii. Czarny volkswagen passat CC wycofywał i uderzył w przód mojego citroena. Bardzo się zdenerwowałam. Spytałam, dlaczego nawet nie spojrzał w lusterka - mówi dziennik.pl Monika Rejmer.

Po krótkiej wymianie zdań mężczyzna odjechał kawałek i zatrzymał się, a kobieta swoim samochodem stanęła przed nim. - Poprosiłam go o coś do przetarcia przodu mojego auta żeby ocenić uszkodzenia. A ten gburowato odparł żebym zadzwoniła po policję, a oni przywiozą szmatę do czyszczenia - relacjonuje nasz bohaterka i dodaje, że prawnik poradził jej by ostatecznie spisać oświadczenie.

Kierowca VW także gdzieś zadzwonił. - Kiedy skończył poprosiłam go o napisanie oświadczenia, że to on w trakcie wyjeżdżania tyłem uderzył w mój samochód. A on wyparł się wszystkiego i oskarżył mnie o najechanie na jego samochód. Zdębiałam. Początkowo nie widziałam co robić  - opisuje Rejmer.

Wtedy nasza bohaterka za szybą passata zauważyła kartkę. - Stwierdziłam, że to przepustka na teren Sejmu. Kiedy zaczęłam robić zdjęcia, mężczyzna powiedział do mnie: "idź stąd, spierdalaj, bo będziesz miała kłopoty". Wsiadł i odjechał. Jak można w ten sposób mówić do drugiego człowieka? Jak można komuś grozić? - pyta i dodaje, że dla pewności numer rejestracyjny samochodu uciekiniera zapisała… szminką.

Kolizja została zgłoszona policji. - W trakcie spisywania dowiedziałam się, że czarny volkswagen nie należy do Kancelarii Sejmu, a do firmy zewnętrznej świadczącej usługi dla Kancelarii Sejmu - opowiada właścicielka citroena.

Co ciekawe, miała też telefony z Kancelarii Sejmu, ale żaden z jej rozmówców się nie przedstawił. - Początkowo wykręcano się tym, że samochód do nich nie należy. Kiedy zacytowałam, jak kierowca tego auta do mnie się odezwał, wówczas pani zasugerowała mi skierowanie skargi do komendanta Straży Marszałkowskiej. Napiszę ją w poniedziałek, nie pozwolę sobie na takie traktowanie. Nikt nie może stać ponad prawem - ucina Monika Rejmer.

Komenda Stołeczna Policji potwierdziła nam zgłoszenie takiej kolizji. - Policjanci zajmą się ustaleniem, kto wtedy był kierowcą volkswagena. Funkcjonariusze sprawdzą też, czy na miejscu był monitoring - powiedział nam asp. Rafał Retmaniak z biura prasowego KSP.

Dodał, że jeśli do zdarzenia doszło w trakcie cofania na drodze publicznej to kierowca za spowodowanie zagrożenia w ruchu lądowym może zostać ukarany 6 punktami karnymi i mandatem od 220 zł do 500 zł.

A jak wygląda wersja drugiej strony sporu? Dziennik.pl poprosił Kancelarię Sejmu o komentarz tego zajścia. Czekamy na odpowiedź.