Dzień Macieja Stuhra przypomina film?

Maciej Stuhr: Przede wszystkim jest on różnorodny i czasochłonny. Może się wydawać, że aktorstwo nie jest trudnym zajęciem - co częściowo się zgadza, bo nie jest to na pewno praca w kopalni, ale zajmuje bardzo wiele czasu - w filmie to 12 godzin pracy dziennie, codziennie, przez kilka tygodni lub miesięcy - czyli bardzo intensywnie. Takich zajęć mam multum - wspomniany film, teatr, kabaret. Dodatkowo robię też kilka rzeczy oddalonych od mojego zawodu, piszę na przykład co miesiąc felietony - powstały już z tego dwie książeczki. Uczę także studentów w warszawskiej szkole teatralnej i bardzo cenię to zajęcie. Tak naprawdę to każdy mój dzień jest inny, niż poprzedni i to jest piękne w tym zawodzie. I aktualny temat - bycie tatą. Zajmuję się wychowaniem swoich dzieci, a to bardzo poważne zajęcie.

No właśnie - gratulacje - kolejny potomek. Jak udaje się połączyć obowiązki z ojcostwem?

Uważam, że to właśnie dzieciaki dają człowiekowi tę ogromną siłę do życia. Coraz bardziej mi się to podoba i fascynuje - czuję, jak to jest niesamowicie ważne – bardziej, niż moje aktorstwo, któremu wszystko zawdzięczam i kocham to robić. Bardzo dużo pracowałem w zeszłym roku, a właściwie chorobliwie dużo - zrobiłem 5 filmów, sztukę teatralną i było jeszcze kilka innych aktorskich przygód. A w tym roku urodziło mi się dziecko i postanowiłem zwolnić. Posiedzieć więcej w domu, być bardziej rodzinnym typem.

Został Pan domatorem?

Lubię siedzieć w domu i domatorem na pewno się czuję, ale pokój hotelowy jest mi bliski i często ćwiczony na co dzień. Jestem ciągle z walizeczką, w podróży - te momenty przyspieszenia znam bardzo dobrze i bardzo często przyspieszam w życiu. Zmusza do tego mój zawód, Warszawa do tego zmusza swoim tempem. Lubię przyspieszenie, mocne tempo życia i jazdy. Ale dziś jak mnie o to pytasz, to jestem na etapie lekkiego przyhamowania.

W życiu chwilowe przyhamowanie - a w samochodzie? To podobno aktorzy zgarniają najwięcej mandatów…

Lubię dobre przyspieszenie i w samochodzie takiego potrzebuję. Chcę być pewnym kierowcą - jak przyspieszam, to przyspieszam, jak hamuję to hamuję. Nie lubię szarpaniny na drodze. Staram się jechać szybko i oczywiście bezpiecznie, na tyle ile pozwala droga. Ale nie jestem brawurowym kierowcą, nie lubię brawurowej jazdy. Jak widzę szalonego kierowcę to mnie szlag trafia, ale nie przepadam za wleczeniem się w ogonie. Tak jak w życiu codziennym - lubię dobre przyspieszenie, ale oczekuję pewności i bezpieczeństwa.

Dużo Pan jeździ?

Tak, bardzo dużo. Sporo po Polsce - za kierownicą spędzam wiele godzin, więc samochód to dla mnie ważne miejsce. Liczy się wygoda i bezpieczeństwo. No i dobre nagłośnienie – muszę słuchać swoich płyt. Ostatnio zabrałem swojego outlandera PHEV w trasę, a jechałem na spotkanie z publicznością. 5, 6 godzin jazdy i potem musisz dać z siebie wszystko na scenie. Jak widzisz - podróż musi być komfortowa.

Czyli samochód jest trochę jak członek rodziny?

W pewnym sensie tak - i chociaż nie mam do samochodu stosunku erotycznego, to muszę się w nim zakochać. Lubię, kiedy samochód jest dopieszczony i trochę gadżeciarski, bo nie ukrywam, że uwielbiam te wszystkie przyciski, pokrętełka. Muszę do niego wsiąść, przejechać się i powiedzieć "tak, chcę go mieć". Ale oczywiście samochód ma przede wszystkim służyć człowiekowi. Mój stosunek do jazdy zmienił się odrobinę odkąd zostałem triathlonistą - aktualnie staram się by całe moje życie było bardziej zdrowe i higieniczne. Dlatego i ta moja jazda samochodem musi być poniekąd tożsama z zasadami, które w życiu wyznaję, czyli z ekonomią i ekologią. Już niemal od roku jeżdżę outlanderem PHEV, który jest samochodem hybrydowym z elektrycznym napędem i widzę wiele zalet. Przestałem wydawać oszałamiające sumy na benzynę, a gdy przemieszczam się po Warszawie to bateria mi spokojnie wystarcza - stację benzynową odwiedzam, jak chcę się napić herbaty.

Jest wystarczająco "gadżeciarski"?

Zgadza się. Patrzę sobie na ten gadżeciarski wyświetlacz, który pokazuje przepływ energii w napędzie i inne, przydatne parametry. Ale jest też rodzinny i bardzo tę rodzinność w nim cenię. Jest cicho, komfortowo i bezpiecznie. A do tego świetnie trzyma się drogi. Jak widzisz samochód traktuję bardzo osobiście, bo spędzam z nim sporo czasu, często tylko we dwoje, ale i moi bliscy go polubili.

I sakramentalne pytanie od czasu emisji serialu "Belfer". Kto zabił?

Pierwszy sezon serialu już za nami, ale pytanie aktualne, bo już niebawem drugi! A dzięki diabelskiej koncepcji reżysera, który nie ujawnia nawet aktorom rozwiązania zagadki, to pytanie nieustannie zadaję sobie także ja i wszyscy członkowie ekipy na planie tego filmu. Nie pozostaje zatem nic innego, jak śledzić losy bohaterów i mnożyć przypuszczenia.