Z pierwszym kłopotem niedawno uporał się Opel, który w Paryżu odsłonił model o nazwie ampera-e. Auto wyposażone w litowo-jonowy akumulator nowej generacji ma zapewniać zasięg ponad 500 km i przewyższać swojego bezpośredniego rywala w segmencie o co najmniej 100 km. Dla porównania renault zoe może pokonać 400 km zgodnie ze standardem NEDC. BMW i3, nawet w wersji wyposażonej w opcjonalny duży akumulator 33 kWh, ma przejechać 300 km. Volkswagen e-Golf - 300 km, natomiast nissan leaf ma zasięg 250 km. Tesla to zupełnie inna półka cenowa. 

Niemcy twierdzą też, że rozwiązali też kwestię szybkiego ładowania wyczerpanych akumulatorów. W ocenie inżynierów Opla 30-minutowe ładowanie za pomocą szybkiej ładowarki stałoprądowej o mocy 50 kW pozwala na kontynuowanie podróży przez kolejne 150 km. Nowa ampera-e pojawi się na europejskich drogach wiosną 2017 roku...

Stanowiska szybkiego ładowania wciąż jeszcze nie są zbyt rozpowszechnione, ale zmiany pod tym względem można się spodziewać w nieodległej przyszłości...

Przykładowo Niemieckie Federalne Ministerstwo Transportu i Infrastruktury Cyfrowej poinformowało, że do końca 2017 roku przy głównych trasach w całym kraju zainstalowanych zostanie 400 stanowisk szybkiego ładowania. Przedsięwzięcie będzie realizowane we współpracy z operatorem stacji obsługi podróżnych "Tank und Rast".

Ponadto niemiecki rząd przeznaczył 300 mln euro (ok. 1,3 mld zł) na rozbudowę niezbędnej infrastruktury w najbliższych latach. Projekt przewiduje, że do 2020 roku ma powstać 5 tys. stanowisk szybkiego ładowania i 10 tys. normalnych stanowisk ładowania. Urządzenia będą instalowane na stacjach benzynowych przy głównych drogach, na parkingach przy centrach handlowych i sportowych, na postojach samochodów udostępnianych na zasadzie współużytkowania (car-sharing) oraz przy dworcach kolejowych, portach lotniczych i centrach wystawienniczych.

Także rząd nad Wisłą marzy o wsadzeniu Polaków do aut elektrycznych. Ministerstwo energii przyjęło nawet Plan Rozwoju Elektromobilności, który zakłada, że do 2025 r. po polskich drogach będzie jeździć milion samochodów na prąd.

W pierwszej fazie, do 2018 r. rząd będzie przekonywać Polaków do elektromobilności (wdrożone mają być programy pilotażowe). Następnie w latach 2019- 2020 w wybranych aglomeracjach i wzdłuż sieci TEN-T (Transeuropejskiej Sieci Transportowej) w Polsce ma powstać infrastruktura do ładowania pojazdów elektrycznych. Rząd uważa, że w 32 wybranych miastach ma już być wtedy 50 tys. pojazdów na prąd i 6 tys. punktów o normalnej mocy ładowania i 400 punktów o dużej mocy ładowania. Wreszcie w trzeciej fazie (lata 2020-2025) rząd prognozuje, że większa popularność aut na prąd będzie stymulować zapotrzebowanie na tego rodzaju samochody. W ocenie ministerstwa polska sieć energetyczna będzie już wtedy przygotowana na dostarczenie energii dla ok. miliona elektrycznych pojazdów.

Tyle plany, a jak z realizacją? Na początek powstała nowa spółka ElectroMobility, którą tworzą PGE Polska Grupa Energetyczna, Energa, Enea oraz Tauron Polska Energia. Konsorcjum ma dysponować kapitałem zakładowym w wysokości 10 mln zł. A niedawno resort energii ogłosił, że planuje na początku listopada ogłosić konkurs na karoserię pierwszego polskiego samochodu elektrycznego…

Szkoda tylko, że nikt z podwładnych premier Beaty Szydło nie zadał sobie trudu i nie poszukał informacji o gotowym już aucie na prąd skonstruowanym w Mielcu. ELV001 pokazano wiosną 2013 roku. Jego zbudowanie kosztowało ok. 8 mln zł. Pojazd powstał w 90 proc. z polskich części. Samochód od zera do 100 km/h przyspieszał w 6 sekund i na jednym ładowaniu zapewniał zasięg 150 km. Trzy lata temu te wyniki były na poziomie konkurencyjnych modeli uznanych światowych producentów. Także pod względem stylistycznym nie trzeba było się wstydzić.